Rumunia - Ukraina - Mołdawia 2017


krótki odpoczynek

W ciągu 10 dni byliśmy w 6 krajach. Przemieszczaliśmy się samolotem i rowerem co oczywiste, ale także mikrobusem z przyczepą, motorówką, łodzią białej floty, pieszo obok roweru, prywatnym autobusem, vanem typu blaszak, taksówkami, okazjami, busami bez przyczep oraz konno (bez kitu). Senne marzenia albo koszmary pozostają prywatną sprawą każdego członka zespołu.

Uczestnicy: Piter, Witos, Paweł, Marian, Mariusz, Robson, Grześ, Tom, Tolek, Jaca, Komandor

Trasa: Gdańsk - Sztokholm Skavsta - Bukareszt (samolot), Bukareszt - Mamaja (bus z przyczepą), Mamaja – Jurilovca - Tulcza (rower), Tulcza - Izmaił (statek), Izmaił - Wilkowo – Lebedivka – Akerman – Odessa – Bielajevka – Causeni - Kiszyniów (głównie rower).

Dystans na rowerach: około 600 km

MAPA

Uczestnicy: Jedziemy w jedenastu.

Nie ma innego skojarzenia, które nasuwa się bardziej niż to, że tworzyliśmy coś w rodzaju kadry narodowej.

I tak:

W przodzie dwóch wysuniętych napastników: Paweł i Marianek. Paweł jest potwornie niebezpieczny. Uderza celną ripostą z obu stron, świetnie gra głową i co najważniejsze zachowuje stoicki spokój w kluczowych momentach. Po jego lewej stronie Marianek. Wszędobylski, żywe srebro, szybki, często zmienia pozycje, lubi wsparcie muzyczne. Właściwie może grać na każdej pozycji.

Za nimi król środka pola Piter. Piter wyjechał na tour trochę osłabiony. Krótko przed wyjazdem zdiagnozowano u niego przebytą 30 lat wcześniej żółtaczkę typu B lub C, chuj wie. Zalecenia: nie pić lemoniady, poza tym brak przeciwwskazań. Piter to zawodnik wielu talentów. Doskonały przegląd pola, celne długie podania na skrzydła. Poza tym koneser i smakosz dobrej gry.

Po lewej, trochę w środku boiska Witos. Można by o nim mówić godzinami. W skrócie - najbardziej pracowity zawodnik naszej kadry. Gra z lewej strony, chociaż jest ewidentnie prawicowy. Wyklęty z kilku wcześniejszych reprezentacji.

Po prawej nowy nabytek Robert. Wrócił do reprezentacji po kilku latach przerwy. Naturalizowany Brazylijczyk. Wszędzie go pełno, ciągle uśmiechnięty i zadowolony, gra w duecie z Grzesiem. Rozumieją się bez słów. Grześ zawodnik instytucja. Ksywka Profesor. Powiem tyle, że jest w stanie  wygrać mecz w pojedynkę. W naszej kadrze trzyma kasę. Jest darzony powszechnym uznaniem i szacunkiem.

W linii defensywy - ofensywny obrońca Mariuszek. Często robi wycieczki do przodu. W decydujących momentach przejmuje na swoje barki ciężar gry, w dodatku kierownik zespołu. Ksywka Ojciec.

Po jego prawej stronie w linii obrony Jaca. Wyrywny na początku spotkania, pod koniec meczu wprowadza niezbędny ład i spokój. Usztywnia się, nie widząc lotniska lub innego dostępnego środka transportu.

Dalej, król środka obrony Tomuś. Wypożyczony z Milwaukee FC w USA. Serce i dobry duch kadry. Zawodnik niezwykły, przez wszystkich uwielbiany. Troskliwy w stosunku do przyjaciół. Bezlitosny dla wroga.

Na bramce Tolek. Dusza człowiek i jednocześnie lekarz naszej drużyny. Po zmianie stron, czyli po przerwie, lubi robić wycieczki do przodu, wtedy na bramce zostaję ja.

Komandor. Żywa legenda. Połączenie Johana Cruyffa z Kazimierzem Deyną czyli wizja gry i naturalna elegancja, nieprawdopodobne umiejętności oraz cygańska uroda. Można go tez porównać do Sergio Ramosa - W grze ufa swojej intuicji, co czasami prowadzi go na manowce, ale częściej do odnajdywania niespenetrowanych jeszcze ścieżek. Jego asystentem jest nieco tajemniczy, ale bardzo profesjonalny Garmin. Jedyny niepijący członek naszej reprezentacji.

Jak widać, gramy bez rezerwowych. Co zrobić, mieliśmy w składzie trzech dodatkowych graczy. Bodek i Wojtek musieli zostać w kraju ze względu na zobowiązania biznesowo - celebryckie, a Arkadiusz ksywka Lance nie przeszedł badań lekarskich. Póki co przebywa na intensywnej rekonwalescencji i wierzymy w jego szybki powrót do drużyny.

Gdańsk - Sztokholm Skavsta – Bukareszt - Mamaja

Kadra w pełnym składzie przybywa na gdańskie lotnisko o godzinie 04.00. Kilku zawodników po intensywnym nocnym treningu. Tak zwana sucha zaprawa. Dopinamy ekwipunek. Odprawa, lot, lądowanie, odprawa, lot, lądowanie...

Bukareszt Otopeni oszalał. Sprowadza się to do tego, że obsługa lotniskowa nie jest w stanie wydobyć wszystkich rowerów z przepastnej gardzieli taśmociągu. Zostaje nam przydzielony specjalny opiekun, ksywka Bródka. Miły gość. Bezustannie przeprasza za niedogodności. Rozdzielamy się na dwie drużyny. Ekspedycja poszukiwawcza prowadzona przez Bródkę i baza obok taśmociągu. Nagle ekipa poszukiwawcza, w tym także ja, odbiera sygnał z bazy, że Marianek jakimś cudem przemycił butelkę tradycyjnego polskiego napoju izotonicznego znad Biebrzy o wdzięcznej nazwie  Kopnięcie Łosia. To zachwiało stoickim spokojem w szeregach grupy poszukiwawczej. Robię wyprawę do taśmociągu. Przemieszczam się schodami. Tymczasem Kopnięcie Łosia dociera do nas na dół windą. Komedia. Wracam  i wreszcie mogę się troszkę nawodnić. Bródka nie przestaje przepraszać. Powoli staje się to powodem naszego zażenowania. W końcu po skompletowaniu ekwipunku ruszamy do sali przylotów. Robimy kolejną bazę i Profesor rusza w poszukiwaniu kantoru. Musimy zdobyć pieniądze. Wiadomo - kto nie ma miedzi, niech w domu siedzi czy coś w tym rodzaju. Witek też przepada na moment. Wyszedł do sali przylotów razem ze mną. Obiecał przynieść piwa, ale nie pamiętam czy sprostał zadaniu. Ojciec ma baczenie na całą hordę. Próbuję nawiązać kontakt z naszym kierowcą. W myśl ustaleń powinien czekać na nas w hali z typową kartką formatu A4 z napisem Reprezentacja RP. Jak sądzę, długi czas związany z odbiorem rowerów skutecznie go do tego zniechęcił.

W trakcie rozmowy telefonicznej z kierowcą dowiaduję się od kolegów, że Robert rozbił Łosia na bazie. Boże, jak zgubne bywają skutki odwodnienia. Na szczęście Marianek dysponuje kolejną butelką. Ładujemy się do busa. Piękny, prawie nowy Mercedes. Za nami śliczna biała przyczepa z rowerami. Łoś zatacza krąg. Jesteśmy uratowani. Centrum Bukaresztu - no nie wiem. Odsyłam do literatury poświęconej tej tematyce. Na zwiedzanie głównego placu z monstrualnym pałacem (drugi największy pod względem kubatury budynek świata, zaraz po Pentagonie) nastawał Jaca. Jaca jakiś czas temu przeszedł operację nogi i od tego czasu trochę utyka. Dzięki niemu możemy liczyć na dotację z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Po kilkuminutowym zwiedzaniu ruszamy na wschód w kierunku Konstancy. Na wyjeździe z miasta przerwa na siku i zakup nawadniaczy w lokalnym Lidlu. Z moich wcześniejszych doświadczeń rowerowych wnoszę, że kupowanie nie firmowych flaszek w Lidlu to totalna porażka. Niestety nie biorę udziału w zakupach. Dopadła mnie senność. Koledzy przynoszą butelkę arcysyficznego whiskey czyli burbona i kilka ciepłych piw. Whiskey później wylejemy do zlewu, a piwa zejdą. Tym razem ruszamy na dobre. Za oknami nudny krajobraz niekończących się równin. Pola po horyzont, gdzieniegdzie wioska lub mała osada, rzadkie zagajniki, dopiero przed samym Dunajem robi się ciekawie. Ogromny wąwóz największej europejskiej rzeki wywiera na nas ogromne wrażenie. Stąd mamy już tylko kilkadziesiąt kilometrów do noclegu.


Bukareszt
Rozładunek, pospieszne skręcanie rowerów, prysznic dla chętnych i uciekamy w miasto. Jemy na tarasie jednej z wielu kurortowych restauracji. Później jeszcze dogrywka na balkonie hotelu. Marianek jako jedyny wskakuje do morza. Reszta kadry zbiera siły na jutrzejsze spotkanie z przestrzenią. Wiadomo - prolog może zadecydować o końcowym rezultacie całego touru. Na twarzach dominuje skupienie i koncentracja.

Mamaja - Jurilovca

Zaczynamy super śniadaniem. Jaja w kilku postaciach, kiełbasy, parówki, naleśniki, wędliny, sery, jogurty, marmolady, soki, ciastka, chleb, bułki, musztarda, herbata i co najważniejsze kawa z ekspresu. Po śniadaniu chwila oddechu, fizjologia, wiadomo, przydział rzeczy, które pozwolą nam na spakowanie rowerów w Kiszyniowie i wymarsz. Nie mogę napisać nic pochlebnego o Mamaji, więc może przemilczę ten temat. Na wyjeździe totalna industrialno – remontowo – kurortowo  bezładna rozpierducha. Na plaży zaledwie kilkoro turystów. Chyba jeszcze nie sezon. Przeganiam ekipę po piachu. Zaledwie sto metrów, a już pierwsze oznaki buntu. Chodzi o to, żeby obejrzeć morze, bo chociaż będziemy jechać wzdłuż niego przez następne 5 dni, to rzadko można nawiązać z nim kontakt. Taka topografia i sieć dróg. Co zrobić. Przestrzeni nie oszukasz.

Mamaja
Pierwsza awaria. Grześ łapie gumę. Akurat przy stacji paliw, więc uzupełniamy płyny. Lemoniada zbożowa z colą. Na wyjeździe z miasta gigantyczna rafineria. Poruszamy się na północ trasą nr 86, a później drogą nr 226, wciśniętą między wspomnianą rafinerię a kombinat chemiczny. Chyba nie muszę dodawać w jak pięknym krajobrazie pokonujemy pierwsze kilkadziesiąt kilometrów. Po lewej torowisko, za nim Laguna Corbu, następnie po prawej baza wojskowa, później pola, nieużytki... Morale podnosi muza serwowana przez Tomcia za pośrednictwem głośnika wciśniętego w koszyk na bidony. Pogoda niepewna. W drugiej części dnia zaczyna padać, pod wiatką musimy przebrać się w Gore-Texy. Chronimy się przed burzą w wiejskim barze. Wjeżdżają kotleto - kebaby i koniak. Kolejne nieliczne wsie i osady mijane po drodze nie zapadają w pamięć. Wiocha, uprawy, przestrzeń, równina, woda, zachmurzone niebo, neutralny lekki wiatr. Na start w sam raz, jak sądzę. Mijamy Corbu, Sacele, Istrie, Sinoe, Lagunę Nuntasi, Lagunę Histria i w Mihai Viteazu dobijamy do głównej. Droga nr 22 tzw. E87. Poruszamy się nią kilka kilometrów i tniemy w prawo na Ceamurlia de Jos. Tu następuje charakterystyczne, powtarzające się co jakiś czas, zdarzenie. W przypływie euforii grupa atakująca (zwykle Piter, Grześ & co) leci na złamanie karku, za nic mając wytyczne kierunkowe i drogowskazy. Tym razem, czekając na rozwidleniu na powrót wyrywnych kolegów, popijamy piwo w wiejskiej kantynie.

Jaca na wyprzedzaniu

Tolek dokarmia psy (jak zwykle)
Do Jurilovcy dobijamy pod wieczór. Głód karze nam natychmiast stanąć w miejscowej restauracji o nazwie Lotca. Ponoć jestem lekko niekomunikatywny i jak Rejtan bronię dostępu do informacji na temat zarezerwowanego wcześniej hotelu. Prawda jest taka, że ponieważ mamy w nogach ponad 70 km a w głowach pustkę, wymówienie nazwy Pensiunea Heracleea przerasta moje możliwości. Chyba przechodzę na węgierski, niestety. W trakcie kolacji, wraz z grupą ekspedycyjną, podejmuję desperacką próbę znalezienia wspomnianego lokum. Mam go na wyciągnięcie ręki, ale nie wiem dlaczego, nie mogę odnaleźć właściwej drogi. Po 20 minutach latania po ciemnym miasteczku w końcu trafiam. Hotel jest charakterystyczny, bo kryty strzechą. Przenosimy imprezę i nastroje do obiektu. Rano nikt z nami nie chce rozmawiać. Kiedy piszę te słowa, nie mam złudzeń co do prawdziwych przyczyn oziębłości obsługi hotelu Pensiunea Heracleea. Nasza reprezentacja bezlitośnie obnażyła braki rumuńskiej kadry, co później wykorzystały Orły Nawałki w meczu na Narodowym.  Tak czy siak dwumecz Polska – Rumunia 6:1.

Dodam tylko z kronikarskiego obowiązku, że po powrocie do domu na Booking com otrzymałem informację, cytuję: Niepojawienie się Gościa w obiekcie. Akurat...

Jurilovca - Tulcza

Wpieprzamy śniadanie na przystanku PKS. Nazywamy takie śniadania terenowymi. Zakupy w sklepie, muza, świeże powietrze, czego chcieć więcej. Robi się ciekawiej i ładniej. Cały dzień korzystamy z przyjemnej i spokojnej drogi nr 222. Za Salcioarą długa prosta marszczącego się terenu. Kilka alei lipowych tworzących baldachim. Pola maków. Dalej krajobraz trochę hiszpański, jakby kastylijski. Pustkowia i w oddali majaczące ruiny zamku Enisala, a na niebie stado pelikanów z wielkim dziobami. Wybrzeże w tej części Rumunii staje się klifowe i kamieniste. Bardzo urokliwe, ale dla nas niedostępne. Poza tym spieszymy do Tulczy, ponieważ mamy umówiony rejs po delcie Dunaju. Załatwia Witek, podobnie jak jutrzejszą przeprawę na Ukrainę.

droga w Rumunii
pole w Rumunii

Przed zamkiem rozdzielamy się na trzy grupy. Podział następuje spontanicznie. W jednej chwili jesteśmy pogubieni. Do zamku docieram w towarzystwie kilku kompanów. Nie mamy ochoty zwiedzać ruin. Po prawdzie nie bardzo jest co zwiedzać. Chodzi o miejsce i widok. Ruiny leżą nad ogromną laguną Razim, przypominającą morze. Pewnie wielu zwiedzających dało się nabrać na ten widok. W rzeczywistości do Morza Czarnego jest kilkanaście kilometrów. Na straganie kupujemy pamiątki. Ja jak zwykle magnes na lodówkę. Mam już ich tyle, że niedługo będę musiał kupić nową, bo zaczyna brakować miejsca ma drzwiach. Ponieważ do samego zamku można dojechać na dwa sposoby całkowicie gubimy kontakt z innymi grupami. Na dojeździe do głównej drogi  w rowie siedzą Mariuszek i Paweł. Gaworzą i karnie czekają na resztę kadry. Enisala i Sabangia leżą zaledwie kilka kilometrów od Babadag, miasta z tytułu kultowej książki Andrzeja Stasiuka.

pelikany
Enisala
Witos i Babadag

Ponieważ robi się coraz cieplej i słoneczniej, przystajemy pod sklepem i zamawiamy kilka piw. Ciekawe spotkanie z potomkami staroobrzędowców. Mówią po rosyjsku. Staroobrzędowcy albo starowiercy żyją także na terenach Polski. Nie wnikam w różnice doktrynalne pomiędzy nimi, a prawosławnymi. Zainteresowanych odsyłam do Wikipedii na przykład. Panowie informują, że car kazał ich przodkom obciąć brody. Nie chcieli i zwiali za Dunaj.

Marian i Paweł z potomkami starowierców

Za Sabangią, Agighiol, dwie długie proste i lądujemy na przedmieściach Tulczy. Guma u Witka, będąca pokłosiem złamanej szprychy. Padają nawet deklaracje i mądre rady co do kupna tylnego koła w Tulczy. Na szczęście nie podejmujemy tego wyzwania. Witek doprowadza rower na bazę. Śpimy w luksusowym hotelu Insula położonym na wyspie w lagunie Ciuperca. Organizujemy szybki transport. Dla 11 osób potrzeba trzech taksówek. Grześ wydaje kasę na taksówki dla przewodników grup. Po wyjściu z taksówek okazuje się, że rachunek za przejazd w każdej z nich był inny. Zaledwie dwa kilometry, jedna prosta. Boże, co za wstyd. Wysiadamy koło hotelu Delta, robimy pospieszne zakupy i wsiadamy na łódź pana Cypriana.

Piękna motorówka z wielkim silnikiem. Istny potwór. Cyprian rozmieszcza naszą ekipę wyważając odpowiednio łódź. Z początku wydaje się to trochę na wyrost, później okazuje się, że wie co robi. Z 300-stu konnym silnikiem nie ma żartów. Mimo ciepłego słonecznego dnia dopada nas  chłód. Typowa reakcja na łodzi. Pęd powietrza, bryza od wody skutecznie wychładzają. Cyprian serwuje samogon wliczony w cenę atrakcji. Śliwowica o wdzięcznej nazwie Tuica.

Tulcza
Czy warto opisywać samą deltę. Nie sądzę. Lepiej popatrzeć na zdjęcia. Bogactwo gatunków fauny i flory zamieszkujących to miejsce to temat na kilkadziesiąt książek. Tak czy inaczej polecam. Chociaż po pewnym czasie latanie motorówką wśród szuwarów staje się trochę monotonne. Trzeba by dodatkowej wiedzy albo dobrego przewodnika. W naszym zamyśle chodziło o atrakcję i doświadczenie, niemalże namacalne, delty największej, majestatycznej, niezwykłej, wspaniałej, kultowej, historycznej, zdradliwej królowej wszystkich europejskich rzek. DUNAJU. Co prawda największą i najdłuższą rzeką Europy jest Wołga, ale to Dunaj obrósł tyloma legendami. Wypływa z Berg w Górach Schwarzwaldu. Zalicza 10 europejskich krajów. Kiedyś północna granica Cesarstwa Rzymskiego. Rzeka instytucja. Rzeka mit. Ponieważ nasz blog traktuje o wyprawach rowerowych wspomnę tylko, że istnieje trasa rowerowa Dunaj Radweg - około 3000 km.

delta

Po opuszczeniu łodzi robimy przechadzkę bulwarem do hotelu. Kolacja w restauracji na wyspie. Miły kelner z hipsterską brodą uwija się jak w ukropie. Bezustannie spełnia nasze kolejne zachcianki. Ceny polskie, jedzenie w Rumuni smaczne. Polecam kotleciki mici i różne zupy. Popularna jest mamałyga, ale sama nazwa świadczy o tym, że to potrawa dla koneserów albo snobów.
       
Tulcza – Izmaił (Ukraina) – Kilia - Wilkowo

Rano siedzę na balkonie i sączę lemoniadę. Na plac przed hotelem wydobywa się Witek z Piterem. Wiadomo naprawa roweru. Pospiesznie zbieram klamoty i dołączam do kolegów. Plan prac obejmuje wymianę dętki, demontaż błotnika, bo obciera i rozpięcie tylnego hamulca. Dzięki mojej delikatnej sugestii Piter postanawia obciąć błotnik, nie odkręcając go. Słusznie, z odkręceniem niektórych śrubek może być problem. W trakcie naprawy tworzymy grupę ekspedycyjną. Chodzi o zdobycie kilku piwer, umilających oczekiwanie na zakończenie prac. Piękna atmosfera. Zimne napoje i bujana ławka. Robi się błogo. Żal wyruszać. Powoli schodzi się pozostała część kadry. Do nabrzeża mamy kawałek. Wypływamy z innego miejsca. Przed załadunkiem na statek kupujemy małe śniadanie w formie przekąsek w pobliskiej piekarni. Tym razem płyniemy małym statkiem białej floty z tatą Cypriana. Ojciec niewiarygodnie dumny z syna. Mówił, że ta motorówka to jego prezent dla Cypriana.

Przychodzi rumuński pogranicznik. Jesteśmy poproszeni o udanie się do pobliskiego obiektu, celem dokonania odprawy. Spory budynek, w środku kilkoro urzędników. Ustawiają nas w kolejce do prawego okienka. Tam to już Bareja w czystej postaci. Starszyna klnie na czym świat stoi. Opierdala Opaczność i podwładnego, że nic w tym burdelu nie działa, że nie ma systemu, że się nie loguje, cholera wie. Po kilkudziesięciu minutach grzecznego stania w kolejce w pustym budynku, jesteśmy poproszeni o zmianę okienka na sąsiednie. Tam siedzą inne służby. U nich system działa. Starszyna nie zaprzestaje swojego monologu. Skan paszportu, spojrzenie w oczy, pieczątka i można wyjść na powietrze. W sumie zasadnicza część odprawy trwała 2 minuty, cała otoczka z nią związana półtorej godziny. Chryste Panie...

Zajmujemy miejsca na statku. Do wyboru dwa pokłady, tylny i przedni oraz miejsce do spania w kajucie. Industrialny krajobraz nabrzeży. Płyniemy najpierw na północ do głównego nurtu Dunaju. Po skręcie w prawo docieramy do granicy ukraińskiej. Przeprawa statkiem trwa około trzy godziny. Zmożony zasypiam na łóżku pod pokładem.

Dunaj
Budzę się na kilkanaście minut przed przybyciem do Izmaił. Ukraina, oficjalnego przejścia granicznego brak, ale mamy nagrany deal. Dobijamy do lewego nabrzeża. Przy trapie czekają dwie dziewczyny z bronią oraz facio we flaneli i ciemnych okularach. Szefowa straży granicznej jest ustylizowana na Larę Croft z Tomb Rider. Tipsy, długie czarne włosy, makijaż, spodnie moro, błękitna koszulka polo, kabura z pistoletem. Druga z dziewczyn młodziutka. Chyba służba celna. Wygląda jak rusałka odziana w zielony mundur. Ma włosy do kolan, czapkę typu Che Guevara i karabin maszynowy. Przez moment myślę, że to nie jest lotna brygada graniczna, tylko obwoźny lunapar. Te dwie dziewczyny świadczą usługi, a facio we flaneli to zawodowy stręczyciel. Zresztą burdel i tak jest, tylko innego rodzaju.

Okazuje się, że w budynku nie ma prądu czy czegoś tam. Pani dowódca, ksywka Lara Croft, wchodzi na statek z laptopem, wpina się do prądu i sprawdza nasze paszporty. Cisza i skupienie. Żigolak we flaneli czujnie nadzoruje całą operację. To on weźmie główną część kasy. Chciał 300 dolców. Dostaje 200. Lara po sprawdzeniu paszportów prosi o dodatkowe 30. Jak odmówić tak pięknej kobiecie, w dodatku na służbie. Dla porządku dodam, że tata Cypriana skasował od nas po 20 euro za transport od głowy. Może jest w układzie z Flanelą? Nie wiemy. Na nabrzeżu rusałka z karabinem, wyraźnie znudzona, niedbale opiera się o barierę. Chuj wie na co ta cała komedia. Nie pozwalają nam zrzucić maneli na nabrzeże przed zakończeniem całej procedury.

Rozładunek gratów, kilka pytań do rusałki z karabinem, nie dlatego, że nie wiemy, tylko dlatego, że warto. Pytamy gdzie tu można zjeść. Boże Święty, przecież wiadomo, że najlepiej to w hucie albo na cmentarzu. A czy w centrum, czy może lepiej na obrzeżach? Dziewczyna grzecznie odpowiada. Jest prześliczna. Mówi że można w centrum, ale na obrzeżach też. Ciekawe. A jak do centrum? Ja pierdolę, przecież to istny Pekin jest, nie sposób trafić przecież. No na wprost. A jak na wprost? No tędy. Aha, a później? A później to w lewo. Aha. A później? No to prosto. Yhm, i wtedy co? A tam będzie fontanna i plac, a na placu bolszoj magazin i tam obmien dzieng. Hurra. Dosyć tych żartów, musimy ruszać, zdobyć kasę, bo zmieniamy system walutowy i koniecznie trzeba coś zjeść przed podróżą na wschód.

Wszystko się zgadza. Jest bolszoj magazin, fontanna i plac. Idę z Profesorem zmienić kasę. Ojciec w tym czasie czesze miasto w poszukiwaniu lokalu. Wybieramy na chybił trafił. Pizzeria z ogródkiem. Zamawiamy jak zwykle. Odintcac piw i pizze do wyboru. Każdy ma wybrać jaką chce. I tu reprezentacja rozsypuje się w drobne chujki. Padają nerwowe pytania. Jak wybieramy? Czy połowa takich czy połowa innych? Może kilka rodzajów i się podzielimy? A może po trzy z każdego sortu? Nie wiadomo. Ojciec jak to Ojciec, zamówił, wziął piwero i poszedł do ogródka. W końcu zamawiamy jedenaście identycznych. Jesteśmy w stanie pochłonąć 10. Udzielamy wsparcia dwojgu żebraków. Trzeciemu odmawiamy. Inaczej zbiegnie się całe Izmaił po ratunek. Pizza całkiem smaczna. Chyba zrobiliśmy reklamę knajpie, bo po nas ustawia się kolejka. Nie sposób domówić kolejnych piw. Wyruszamy w poszukiwaniu sklepu. Łapiemy mały na obrzeżach miasta. Typowe zakupy. Woda, kolka, lemoniada zbożowa i kolorówka o wdzięcznej nazwie Szabo. To będzie hit wyprawy. Często przez nas zamawiany. Tylko raz polegniemy, kupując niby koniak o smaku kawowym. Nie polecam. Syf jak diabli.

Tym razem ruszamy na serio. Ale morale fatalne. Postanawiam zrobić mały postój nad rzeką. Całe rodziny przyjechały tu na ryby. Nawadniamy się lemoniadą z colą i łykiem Szabo. Do przejechania 45 kilometrów. Ustalamy, że do Kilii musimy dojechać. Później się zobaczy. Ciągniemy drogą T607 na wschód. Uwielbiam takie drogi. Zniszczony asfalt, szczątkowy ruch samochodowy, cisza, majestat sąsiadującej rzeki, neutralny wiatr, słońce za drzewami, długie cienie. To dla takich przelotów warto jeździć na rowerze. Niestety nie jest to doświadczenie całej ekipy.

droga na Wschód
W trakcie moich licznych podróży rowerowych nauczyłem się rozpoznawać różne stadia buntu załogi. I tak stopień trzeci to bunt nagły, gwałtowny. Żaden problem. Objawia się nagłym zatrzymaniem rowerzysty, odstawieniem pojazdu na pobocze lub jebnięciem go w krzaki i często krótkim komunikatem: Pierdolę, dalej nie jadę. Później następuje chwila odpoczynku i buntownik skuszony obietnicą rychłego pobytu w restauracji podejmuje walkę. Drugi stopień, znacznie gorszy, to bunt pełzający. Objawia się knuciem na boku. Zbieraniem towarzyszy buntu. Sączeniem informacji o piętrzących się kłopotach, jakie na nas czyhają po drodze, utwierdzaniem się w przekonaniu, że się nie da, że nie ma szans, że już po nas, że wilki i swołocz wszelaka, a także kruki i wrony rozbiorą nas w drobny mak. Nie muszę chyba dodawać, że często bunt stopnia drugiego przechodzi spontanicznie w bunt stopnia trzeciego. I w końcu bunt najgorszy, niediagnozowalny czyli kiełkujący. Ten typ buntu jest jeszcze słabo rozpoznany i wymaga dalszych intensywnych badań. Nie słyszałem, aby bunt pierwszego stopnia samoistnie przekształcił się w bunt trzeciego wymiaru. Tak czy siak mamy następną awarię. Witos łamie kolejną szprychę, a kadra, oczywiście nie cała, rozpoczyna bunt stopnia drugiego.

Do Kilii przybywamy w nastrojach typu stypa. Reprezentacja natychmiast udaje się do lokalu. Nie wiem co zamawiają, chyba soljankę, kolejny hit naszego touru i coś dodatkowo, pielemieni czy inne pierogi. Napoje wiadomo. W mieście poruszenie. Przyjechali spatrcmeny z Polszy. Od razu przed wejściem do knajpy nawiązuję kontakt z dwoma panami. Jeden po chwili odchodzi. Drugi uratuje ten dzień. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale okazało się, że ma on szczególne kontakty z Najwyższym Kierownictwem, niczym Generał Patton.

Zaczynam jak zwykle. Odpowiadam grzecznie na standardowy zestaw pytań. Skąd? Dokąd? Po co? I tak na rowerach z Polski? I tym podobne. Jak się podoba na Ukrainie? A jak się żyje w Polsce? Często zdarza się, że rozmówca zna coś wyjątkowo typowego dla Polski. Na przykład, kilka słów, tu cytat: Kurwa mać. Albo ktoś z jego rodziny był w Polsce, albo że Lewandowski to najlepszy w tej chwili piłkarz na świecie i takie tam. Później przejmuję inicjatywę i przechodzę do ataku. Oznajmiam, że mamy jednego chorego i potrzebny nam transport. Na razie rodzaj transportu nie gra roli. Dla zachęty mówię, że mamy pieniądze i chcemy zapłacić oczywiście. Pan wziął sprawy w swoje ręce. Wykonał przy mnie trzy telefony. Bez skutku. Zaczynałem tracić nadzieję, a on tymczasem spojrzał mi prosto w oczy, w głąb duszy samej, jak sądzę, i powiedział ze spokojem: jeszcio odin tielefon, jest nadzieja, spakojna. Wszak wiadomo, nadzieja jest najważniejsza. Bez niej nie ma nic. Miłość jest przereklamowana, a wiara nie ma ostatnio dobrych notowań.

No i  udało się. Idziemy ochoczo na drugą część placu. Podejmuje nas przemiła pani. Mieszka w czymś w rodzaju pustej hali fabrycznej zaadoptowanej na mieszkanie. Pod nogami uwija się dwójka malutkich dzieci. Pani zaprasza. Grzecznie odmawiam, mówiąc, że muszę do kolegów. Po chwili przybywa nasz wybawca,  Andriej. Niski, krępy blondyn o pięknych błękitnych oczach. Wspaniali ludzie, rodzice pięciorga dzieci, ale o tym później. Andriej mówi że dysponuje vanem, ale bez siedzeń z tyłu i czy nam to odpowiada? Też pytanie. Bosko po prostu!!!  Właśnie tego szukałem. Muszę dodać, że człowiek który to wszystko załatwił to miejscowy ksiądz. Dlatego wspominałem o jego szczególnych układach u opatrzności. Proszę o godzinę. Mówią, że oczywiście. Są do naszej dyspozycji. Boże, czym sobie na to zasłużyliśmy. Nie mam pojęcia.

Wpadam do lokalu, oznajmiam co i jak i zapadam w letarg. Po godzinie przybywa Andriej. Ładujemy do busa miękką ławkę z jego domu i zajeżdżamy pod restaurację. Niektórzy z grupy podwozowej chcą się nawet wycofać, ale klamka zapadła. Ojciec siada obok kierowcy i jego żony. Reszta w składzie: Pawuś, Toluś, Witek i Jaca na pakę z rowerami. Mariuszek prowadzi ciekawą konwersację z państwem. Jak już wspomniałem są po trzydziestce, w dodatku rodzicami pięciorga dzieci, a mimo to znajdują czas i energię, aby pomagać innym. Prowadzą fundację Dobra Wola, zajmującą się pomocą dla ludzi z ogarniętego wojną Donbasu. Organizują wsparcie dla walczących tam żołnierzy. Pomagają ludziom, którzy stracili wszystko, w osiedleniu się w okolicach Kilii. Lokują ich w pustostanach albo u rodzin.

Wewnątrz, na pace busa, trwa impreza w najlepsze. Koledzy umościli się na ławce i podłodze. Rozpijają Szabo oraz lemoniadę z colą. Na wniosek żony Andriej ratuje chłopaków blokując skarpetką boczne drzwi, inaczej są gotowi udusić się wewnątrz blaszanej klatki. Skarpetka wypada, Witos rygluje drzwi nogą. Po przyjeździe do Wilkowa Andriej prosi jedynie o kasę za benzynę - 20 dolarów. Nie ma mowy. Chłopaki dają im dodatkowo 100 dolców na paliwo do Donbasu i z powrotem. Wzruszające pożegnanie. Uściski, deklaracje dozgonnej przyjaźni ukraińsko – polskiej.

My tymczasem wyruszamy w step. Cudowny przelot, najlepszy na wyprawie. Zmierzch, zapach rozgrzanej ziemi, cykady, pojawia się księżyc, niebo czerwienieje na horyzoncie i niestety awaria. Kolejna guma. Pokrzywdzony Marianek uwija się z nią bardzo szybko. Przy okazji jest pretekst do wypicia. Na bazie jesteśmy zaledwie pół godziny po kolegach. Śpimy w hotelu Delta - styl korsarsko - rokokowy. Piter, który na jakiś czas odstawił kwarantannę, organizuje przemarsz po pokojach pod pretekstem sprawdzenia czystości. Trwają mentalne przymiarki do kolejnego etapu, największego wyzwania naszej wyprawy...

Wilkowo – Lebedivka

120 jest liczbą całkowitą, parzystą, dzieli się przez siebie i jeden oczywiście, ale także przez 60, 40, 30, 24, 20, 15, 12, 10, 8, 6, 5, 4, 3, i 2. Na osi liczbowej sąsiaduje z 119 i 121. Suma cyfr liczby 120 jest równa liczbie cyfr, z których się składa i wynosi 3, a jak powszechnie wiadomo 3 to liczba święta, więc sto dwudziestka jest na swój sposób metafizyczna.  Około 120 r. p.n.e. Rzymianie opanowali technikę produkcji win wysokogatunkowych. W Chinach rządzi  cesarz Wudi, w Egipcie Ptolemeusz VIII,  a w Judei Jan Hiran. W 120 r. n.e. w Chinach rządzi cesarz Audi, biskupem Konstantynopola jest Diogenes, a papieżem Sykstus I, natomiast cesarzem Rzymu - Hadrian. Poza tym mieszkaniec Tarnowskich Gór Adrian Lukoszek schudł w ciągu roku 120 kilo. Dla nas 120 kojarzy się z jednym. Trasą z Wilkowa do Lebedivki. 120 kilometrów dla niektórych zawodników to dystans mrzonka, dystans utopia, dystans wariactwo, dystans śmierć po prostu, ale po kolei.

Śniadanie w hotelu. Pani kelnerka i jednocześnie kucharka ubrana jak za dawnych lat. Fartuszek i czepek na głowie. Trochę niezadowolona, bo przybywamy w różnym czasie, mówi że będziemy kuszać chałodne. Później oznajmia, że żartowała. Trwa analiza mapy. Skupienie niemalże modlitewne.  Wyruszamy niezwłocznie po uregulowaniu rachunku i defekacji.

Wilkowo
Pierwsze kilometry to śliczna nowa droga. Prowadzi pośród rzadkiego, mieszanego lasu porastającego przybrzeżne wydmy. Jest jak spod igły, najlepsza droga na Ukrainie. Wiąże się z nią pewna anegdota. Otóż kilka dni przed naszą wizytą w hotelu Delta spał prezydent Ukrainy Petr Poroszenko. Przybył specjalnie, aby uroczyście otworzyć wcześniej wspomnianą drogę. Katastrofa. Kilkanaście kilometrów asfaltu w miejscu gdzie psy chujami wodę piją i wizyta prezydenta kraju. Nie komentuję. Szkoda gadać. Skoro droga i Ukraina, to pewnie był też obecny nasz słynny rodak, kolekcjoner zegarków, Sławek Nowak. W Prymorske nasza kochana T1628 zmienia się w T1628 typową dla reszty Ukrainy czyli pizdiatyją. To nawet dobrze, bo na takich dziurach ruch naturalnie spowalnia. W Prymorske podejmujemy desperacką próbę zasięgnięcia opinii o alternatywnej przeprawie przy morzu, po mierzei. Google maps pokazuje, że nad brzegiem jest betonowy trakt wzdłuż plaży. Autochtoni odradzają. Mówią, że dla roweru to poważne wyzwanie, a droga jest w fatalnym stanie. Przez wzgląd na czekający nas dystans nie podejmuję wyzwania. Postanawiamy jechać po głównej. Trochę szkoda, bo pogoda prześliczna, fajnie byłoby poleżeć na plaży. Potencjalna kąpiel. No cóż, innym razem może będzie morze.

Profesor, Jaca i Ojciec na drodze prezydenckiej

Dojeżdżamy do głównej M15. Jemy lunch w knajpie dla tirów. Podobno jakieś buły. Nie pamiętam dokładnie. Kawałek dalej blokada drogi. Mieszkanki Tatarbunary protestują przeciwko sprzedaży terenu za łapówkę i likwidacji bazaru. To tak jak w Warszawie - też likwidują bazarki. Reprezentacja RP oczywiście popiera protest i może przejechać mimo blokady. Za Tatarbunary najdłuższy i najtrudniejszy odcinek. 20 kilometrów idealnie prostej drogi, potem mały skręt w lewo i kolejne 10 kilo na wprost. W połowie usiłuję załatwić transport. Niestety bezskutecznie. Prowadzę negocjację z kierowcą busa. Zlewa mnie totalnie. Chwilę wcześniej zagaduję szofera autobusu. Miły gość, mówi, że nie wolno, może nie rozumie mojej propozycji. Ciekawe, że posiada tylko jeden ząb w górnej szufladzie. Koleś w moim wieku jak sądzę, może trochę starszy. Wygląda z tym zębem jak dziadek z rosyjskich bajek. Kiedyś wcześniej na przejściu granicznym pomiędzy Bośnią i Czarnogórą miałem kontakt z podobnym przypadkiem. Pogranicznik uśmiechał się wesoło w moim kierunku, sprawdzając paszport. Przy okazji pokazał uzębienie . Miał tylko dwa zęby u góry, przypominał hipopotama.

Cafe Czajka
pomnik ręki lub widelca

Zapadamy się w sobie. Następuje coś w rodzaju implozji. Rozmowy zanikają. Nie ma buntu, chyba dlatego, że każdy oszczędza siły, jest tępe zapatrzenie w dal czy może raczej w asfalt pod kołami, pogodzenie z losem. Od czasu do czasu słyszę jedynie niewybredne przekleństwa. Upał dobiera. Teren, mimo że generalnie płaski, to lekko pagórkowaty. Ze wzgórz widok na morze. Niektórzy zapomnieli nasmarować się kremem. Skutki tego będą odczuwalne w następnych dniach. Na szczęście nikt nie dostaje udaru. Na sześć kilometrów przed hotelem Witek łamie trzecią szprychę w tylnym kole. Jedziemy przez gigantyczne pola. Otaczają nas pokłady czarnoziemu. Gleba miejscami świeci się w promieniach zachodzącego słońca, jest taka tłusta i urodzajna. Koło Tuzly przejeżdżamy ponad Slonym Ozierem po rozpadającym się moście.  Towarzyszy nam niemiłosierny smród rozkładających się wodorostów. Na miejsce przybywamy przed zmrokiem. Śpimy w hotelu o ambitnej nazwie Szato Szafran; faktycznie najlepszy obiekt w okolicy, choć konkurencja słaba – ośrodki późny Breżniew, co najwyżej wczesny Gorbaczow. Menedżer hotelu pan Kostia, z którym miałem wcześniej kontakt mailowy, jest niebywale profesjonalny i opiekuńczy. Jemy kolację i idziemy wypocząć.

w stepie szerokim

120 jeszcze długo pozostanie w pamięci wielu z nas, dla większości kolegów to życiówki w kategorii dzienny przejechany dystans. Dzisiaj z perspektywy czasu zrobiłbym to inaczej. Uderzyłbym nad morze. Przeprawa pewnie byłaby trudna, ale można byłoby poleżeć, wykąpać się, pogadać, a po przybyciu do Tatarbunary ogarniałbym transport za wszelką cenę. No cóż, nigdy nie wiadomo co lepsze. Prowadzi nas droga, ramy wyznacza czas i dyspozycja danego dnia. Najważniejsze, że dotarliśmy w komplecie, cali i względnie zdrowi. Kolejnego dnia odpoczynek od roweru. Zwiedzanie, zwiedzanie, zwiedzanie...

Lebedivka – Twierdza Akkerman – Odessa

Śniadanie u Kosti. Znów profeska. Plan jest następujący. Grupa rowerowa wyrusza bezpośrednio po śniadaniu. Autobus ma przyjechać około 10.  Wtedy pozostali ładują klamoty do pojazdu i ruszają w pościg. Spotykamy się w twierdzy. Rowerami podążają Witos, Piter, Robert, Marianek i ja. Reszta reprezentacji wybiera autobus.
        
Idziemy dobrym rytmem. Wracamy na T1610. Nadal potworne dziury. Miejscami widok na morze. Dobra pogoda. Jeszcze nie gorąco, neutralny wiatr. W jakimś miasteczku kupuję fajki w przydrożnym sklepie. Skończyły się nam malborasy i zostaję wysłany na drugą stronę do małego marketu. Wpadam do środka. Pani w moim wieku siedzi za ladą odziana w czarną suknię. Szeroko uśmiecha się na powitanie, przy okazji prezentując swoje piękne, srebrne koronki. Pytam czy są cigarety. Ona że kanieszna, sięga pod ladę i wyciąga paczkę irańskich papierosów bez akcyzy. Dodatkowo oznajmia, że: Zdies nie tolka cigarety, i diewuszki zdies i malczyki... Zbaraniałem na moment. Wydukałem, że nam nużna tolka cigarety. Pani wzruszyła ramionami z miną osoby, która widziała w życiu niejedno. Płacę i wychodzę. Święty Boże, Święty Mocny, dlaczego mężczyzna w średnim wieku, z siwizną na głowie w towarzystwie innych sobie podobnych, zaraz musi być postrzegany jako niepohamowany jebaka albo co gorsza potencjalny pedofil?

reklama kurortu
Koledzy doganiają nas w okolicach Szabo. Robię krótką przerwę na poboczu i wznoszę toast na cześć wytwórni naszego kultowego koniaku o tej samej nazwie. Z autobusu wypadają Mariuszek z Grzesiem. Pytają czy chcemy jechać dalej autem. Zaprzeczam. Mówię, że spotkamy się w twierdzy. Ostatnia prosta przed Białogrodem nad Dniestrem to już potworny ruch samochodowy. Później trochę błądzenia, dwa przejazdy przez tory i jesteśmy na miejscu. Zasłużyliśmy na piwo. Stajemy w knajpie obok murów. Potem wbijamy do środka na rowerach. Nasi siedzą wewnątrz, przy rachitycznym stoliku i leniwie spędzają czas przy butelce Szabo.

Robson i Akerman
Komandor i Piter w twierdzy
Ojciec zagania do zwiedzania. Lecimy rowerami. Widok z murów obłędny. W dole liman Dniestru. Jak to ujął Witek, czuć ducha Mickiewicza. Pachną stepy czy coś. Tak naprawdę stepów dawno nie ma, ale wielka twierdza stoi, a dołem leniwie płynie Dniestr. To tutaj nasz wieszcz tworzył genialne strofy sonetów i tęsknił za Litwą. Zamek zbudowali Mołdawianie, którzy byli lennikami króla polskiego. Była to więc najdalej na południe wysunięta twierdza Rzeczypospolitej. Krótko, bo najdłużej rządzili tu Turcy.

liman Dniestru
Po zwiedzaniu ładujemy resztę sprzętu do autokaru i w drogę. Jedźmy, nikt nie woła. Do Odessy 70 kilometrów. Pan kierowca Dima proponuje postój w knajpie nad morzem. Było warto. Zamawiamy lemoniadę z kolką. Obserwujemy z wysokości skarpy wypoczywających na plaży. Śliczne, młode dziewczyny pozują do zdjęć na fejsie czy snapczaku. Na ostatniej prostej przejmuję dowodzenie. Prowadzę kierowcę pod sam hotel, ale po wyjściu z autobusu tracę orientację. Nerwowe poszukiwania trwają kwadrans. Sprawę ratuje Grześ. Kierowca dopytuje, czy może dostać od nas flagę na pamiątkę. Zgadzam się bez problemu, chociaż flaga należy do Witka. Kolejny element oddolnego budowania relacji polsko - ukraińskich. Wbijamy do hotelu. Spinamy rowery na wewnętrznym dziedzińcu i zamawiamy piwo. Po zameldowaniu i kosmetyce wyruszamy na miasto.

Prowadzi Ojciec. Idziemy zwiedzać. W parkach i na bulwarze pełno ludzi. Dla chętnych polecam książkę Charlesa Kinga „Odessa”. Zaliczamy słynne schody i robimy tradycyjne zdjęcie z szalikiem Lechii Gdańsk. Nic nie pomogło, bo nasza ukochana Lechijka dała dupy i zamiast mistrza ma 4 miejsce w lidze. Później jemy w odesskiej wersji Mc Donaldsa. Samoobsługowa knajpa z regionalnymi daniami. Wielki wybór, smacznie i tanio. Toluś, który zazwyczaj jest niezwykłe spokojny i zrównoważony, wyraża swoją dezaprobatę z powodu wyboru miejsca. Ujął to nawet w kilku niewybrednych zdaniach, których nie wypada mi cytować. Lubi mieć podane, a nie samemu ładować żarcie na tacę.

Lechia na schodach w Odessie
Po kolacji lecimy na Deripaską. Słynny deptak. Zasiadamy w jednym z ulicznych ogródków i zamawiamy jak zwykle. Kelner serwuje do stolika obok steki z wołowiny. Można wybierać przed usmażeniem spośród kilku prezentowanych sztuk mięs. Tolek znów robi awanturę. Niestety, co gorsza ma rację, jak zwykle. Na ulicy robi się tłoczno. Dwie panie zachęcają do konnej przejażdżki. Piter zrywa się z miejsca jak oparzony. Dosiada konia stylizowanego na Żyrafę. Urodzony jeździec. Wzbudzamy zainteresowanie otoczenia. Po nawodnieniu się, zmierzamy chwiejnym krokiem w kierunku hotelu. Po drodze zakupy. Mały sklepik na rogu. Przed sklepem drewniany podest. Mamy plastikowe kubki, więc rozpijamy zawartość flaszki na miejscu. Na podeście dwóch punków. Mówią po czesku i trochę po polsku. Mariusz proponuje im drinka.  W zamian śpiewają dla nas jeden ze swoich standardów. Kawałek dalej zaczepia nas przemiła dziewczyn. Studiuje polonistykę. Prosi o chwilę rozmowy. Świetnie opanowała nasz język i uwielbia Polskę. Kolejny wyraz sympatii. Wreszcie hotel. Jutro niestety znów rower. Nie ma litości. Uderzamy w interior, tym razem na zachód.

Piter na żyrafo - koniu

Odessa – Bielajewka

Dla porządku dodam, że spaliśmy w Vintage Hotel. To później będzie ważne. Póki co mamy śniadanie w cenie, do wyboru z karty. Ciekawe wnętrza hotelowej restauracji, takie trochę art deco. Po śniadaniu jak zwykle i wyjazd. Grześ reguluje wszystkie rachunki. Mam wiedzę, że wyjazd z Odessy rowerem, to nie jest bułka z masłem. Duże miasto, ponad milion mieszkańców, prawie dwa. Liczne skrzyżowania, sygnalizacja, spory ruch. Wyjeżdżamy przez dzielnicę kultową dla tego miasta. Coś na kształt naszej Pragi w Warszawie. Przewodniki odradzają piesze wycieczki po zmierzchu. Nazywa się Mołdawianka. Kierujemy się na zachód drogą M15. Na szczęście po obu stronach asfaltu szuter, zapewniający komunikację dla pojazdów konnych, maszyn rolniczych i rowerzystów właśnie. W Mayaky odbijamy na Bielajewkę w drogę T1625. Po południu lądujemy w miasteczku. Poszukuję hotelu Pristan. Po przybyciu na miejsce, małe rozczarowanie.

w drodze do Bielajewki

Tomek i Marian na trasie
Otóż w hotelu, a właściwie ośrodku wypoczynkowym, nie ma żywego ducha. Chodzę po sąsiadach i dowiaduję się, że zaraz przyjdzie ktoś z obsługi. Po 20 minutach pojawia się pan dozorca. Jest całkowicie zaskoczony naszą obecnością. Mówi, że nic mu nie wiadomo o rezerwacji dwóch domków. Przy mnie dzwoni do właścicielki. Ta oznajmia, że ma nas gdzieś. Od jutra ma rezerwacje na pobyty długoterminowe i nie zamierza powtórnie sprzątać obiektu. Sytuacja patowa. Wcześniejszą rezerwację na booking można sobie schować. Pytam pana o alternatywny nocleg. Wykonuje kilka telefonów. Mówi, że jest w pobliżu domek, który może nam polecić. Koszt dla całej grupy to około 80 euro. Zgadzam się, ale chcę obejrzeć to cudo. Wsiadamy na rowery. Dla pana organizuję rower Mariuszka. 500 metrów, drewniany dom nad samą wodą, dwa piętra. Na zewnątrz przemiła pani właścicielka. Ciągle mnie przeprasza. Mówi, że ma brudne ręce bo pracowała w ogrodzie. Oglądam pośpiesznie dom. Super sprawa. W środku córka pani z wnuczkiem. Gospodyni prosi o godzinę, najwyżej dwie na przygotowanie lokum. Obiecuje pościel i ręczniki. Jestem wniebowzięty. Piękny dom, przygoda i możliwość zapewnienia dochodu dla właścicielki. Wracamy do kolegów. Mówią, że mają wiedzę o pobliskim hotelu. Ja na to, że podjąłem decyzję i głupio się wycofać z ustaleń z panią. Plan jest następujący. Taksówka ma nas dowieść do centrum na kolację. Dozorca zaopiekuje się dobytkiem. W tak zwanym międzyczasie pani przygotuje lokal.

Bielajewka

Podjeżdża taksówka albo dwie, nie pamiętam. Ładuję się w pierwszej grupie. Kierowca parkuje pod umówionym lokalem gastronomicznym i wbijamy do środka. Zamawiamy jak zwykle czyli napoje i czekamy na resztę. Po 20 minutach dociera do nas informacja, że pozostali zostali w ośrodku. Totalne nieporozumienie. Ponoć mieliśmy zamówić i przywieść jedzenie na obiekt. Wsiadam kolejny raz do taksówki. Po przybyciu do maruderów oznajmiam w kilku słowach, co myślę na temat powstałego zamieszania. Ostatni kurs wykonujemy chyba w siedmiu. Robert leży z tyłu na kolanach pozostałych kompanów. W knajpie na przystawkę jemy sało czyli słoninę z piklami, potem pyszną soljankę i świetną wieprzowinę z grilla. Do tego zmrożony Niemiroff z górnej półki. Kolejna uczta.

Powrót do ośrodka i przejazd do domku. Koledzy chyba zadowoleni. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że całość kosztowała nas śmiesznie małe pieniądze. Za nocleg, kolację, zakupy w sklepie, transport taksówkami zapłaciliśmy około 250 euro za 11 osób. Tak można zdobywać świat, prawda? Później odbywa się coś na kształt wieczoru artystycznego. Temat przedstawienia „Pasowanie na żołnierza obrony terytorialnej”. Zdjęcia dowodzą wysokiego poziomu spektaklu, ale nie nadają się do publikacji.

Bielajewka – Causeni (Mołdawia)

Rano kolejka do toalety. Robimy grafik. Wstaję jak zwykle pierwszy, higiena, biorę napój i wychodzę na zewnątrz. Siadam na ganku i gapię się na leniwe poranne życie. Po kanałach pływają motorówki. Chyba wędkarze, ale ubiory raczej niestosowne do okazji. Dominują kolesie w czarnych skórach i okularach typu lustrzanki. Nawet nie próbuję myśleć, jakie są prawdziwe powody ich wycieczek. Wszak wiadomo, w pobliżu granica z Mołdawią, a o kilka kilometrów na północ separatystyczne Nadniestrze. Później przybywa nasz pan ochroniarz. Rozliczamy się i lecimy kilka kilometrów na śniadanie. Na wyjeździe robimy jeszcze pamiątkowe zdjęcie przy czołgu. Jemy w przydrożnej piekarni z piecem do wypieku Chaczapuri. W środku stoliki. Jak można się domyśleć, biznes prowadzi Gruzin. Serwuje również bułki nadziewane wędliną i serem. Pytamy, czy możemy przynieść własne browary do posiłku. Mówi, że oczywiście. Piękne zwyczaje. Pełen luz i tolerancja. Zjeżdżamy nad malowniczy Dniestr.  Na granicy jesteśmy przed samym południem. Odbieram informację z domu, że ktoś dzwoni do mojej

żony i mówi, że nie zapłaciliśmy za hotel i rachunek w barze. Totalne nieporozumienie. Od razu myślę o czymś w rodzaju naciągania. Jak się później okazało, obsługa hotelu Vintage w Odessie źle zaksięgowała nasz pobyt. Zamiast rozliczenia z booking zostaliśmy potraktowani jako goście z zewnątrz.

nad Dniestrem
W drodze do granicy ciekawe pejzaże. Za chwilę zmienimy system walutowy, trochę język, zwyczaje, krajobraz i wjedziemy w kulturę lokalnego wina i domowej gorzały. Póki co granica. Przed odprawą idziemy z Grzesiem wydać pozostałe hrywny. Mini sklep przygraniczny. W środku mała ilość towarów. Postanawiamy obrócić kasę na flaszki. Jedyne na co nas stać to wódka w kartonie. Niestety trzy litry. Po co komu tyle. Pan mówi, że nie ma problemu. Bierze pustą flaszkę po wodzie mineralnej i przelewa z kartonu pół litra. Na granicy pusto. Odprawa bez problemu. Pogranicznik pyta czy jedziemy na Polankę. Tak właściwie to nie wiem, ale z obowiązku przytakuję. Przez krótkofalówkę strażnik informuje kolegów przy kolejnym szlabanie o tym, że nadciągają spartcmieny z Polszy. Długi pas ziemi niczyjej. Dopiero później odprawa mołdawska. Też bardzo sprawnie. Na koniec hasło: Witamy w Mołdawii.

granica
za granicą
Odjeżdżamy od Dniestru. Posuwamy się drogą R30. Teren zaczyna falować. Krajobraz staje się mniej monotonny, ale trudniejszy dla rowerzysty, poza tym mamy przeciwny wiatr. Długie proste, asfalt z szutrowym poboczem. Stajemy na piwo i truskawki. Wcześniej na granicy Grześ zdobywa lokalne pieniądze. Kolejne kilometry to proste po horyzont. Mijamy pierwszą winnicę z restauracją. Niestety nie mają nic godnego polecenia. Serwują jedynie królika i wino. Kupujemy wino, jest doskonałe. Kawałek dalej, w poszukiwaniu miejsca na siku, Paweł odkrywa piwniczną sprzedaż domowych wyrobów winiarskich. Kupuje dwie flaszki. Stajemy na posiłek przy stacji benzynowej. Słabe jedzenie rekompensuje trunek serwowany przez Pawusia. Śpimy w Causeni w pensjonacie Litas. Pękła prawie stówa, 98 kilometrów. Jest plan, żeby dojeździć w mieście te 2 pozostałe. Jednak nie. Wjeżdża pyszna kolacja, mięso z grilla i wino domowe. Kolejny dzień to ciężka przeprawa do Kiszyniowa.

Causeni – Kiszyniów

Co mogę powiedzieć o drodze do Kiszyniowa. Nienawidzę jej. Potworny ruch. Wyprzedzanie na trzeciego, pod górkę, na zakręcie i co tam jeszcze, to norma. Jakimś cudem docieramy cali i zdrowi do skrzyżowania R30 z R29. Przed rozjazdem starsza pani sprzedaje czereśnie i groszek. Piter nie odpuszcza takich okazji. Pochłaniamy zakupy. Trochę nie uczestniczę. Martwi mnie droga, po której jedziemy. Musimy poszukać jakieś alternatywy. R29 jest kusząca, ale to straszny, tarkowaty szuter, złożony raczej z kamieni. Jaca na samą myśl o wybraniu szutru usztywnia się. Postanawiam pociągnąć po R30 do miejscowości  Ciobanowca i poszukać sklepu. Trzeba odpocząć w cywilizowanych warunkach, zejść na chwilę ze słońca, odsapnąć od hałasu drogi. W Ciabanowca jesteśmy po chwili. Od skrzyżowania spadamy ostro w dół. Jakieś 200 metrów przewyższenia. Poszukiwanie sklepu to prawdziwa udręka. Są trzy, ale dwa z nich zamknięte, a w trzecim nie ma monopolu. Właściwie to niewiele jest w ogóle. W sklepie kilkoro ludzi. Nikt nie płaci gotówką. Wszystko na kartkę. Bieda aż piszczy. Kupujemy lody i wodę. Obserwujemy lokalne życie. W tym samym budynku co sklep, mieści się jeszcze kościół i knajpa. Na razie zamknięte. Przed kościołem ciekawa instalacja. Dzwony zrobione z obciętych na pół, pustych butli po skroplonym gazie. Dramat, beznadzieja, pustostany. Trochę zapadła wieś mołdawska. Warto czasem odwiedzić takie miejsca. Chwilę później będę przeklinany przez większość kadry.

mołdawska wieś
Chodzi o to, że kilka kilometrów jedziemy po równej drodze ze zniszczonym asfaltem, ale po skręcie w prawo totalna katastrofa. Słońce, zero cienia, koszmarna nawierzchnia i przełęcz. Wspinamy się około 150 metrów. Robimy dział wód. Z 68 metrów wchodzimy na 210. Tym razem chyba przegiąłem. Nikt się do mnie nie odzywa. Po przełęczy zjazd asfaltem do Tintareni. Natychmiastowe piwo pod przegrzanym baldachimem z brezentu. Ponieważ straciłem resztki autorytetu, koledzy przechodzą do analizy mapy papierowej. Informuję, że jeżeli cofniemy się o 2 kilometry, to możemy dojechać do Kiszyniowa lokalną, równoległą do głównej drogą, za rzeką i torami. Nie ma szans. Jak się później okazało na szczęście. Wiadomo, jak jest w pierdol, to z reguły jest też nagroda, chociaż nie zawsze. Ruszamy po R2 tym razem. To już naprawdę arteria. Po drodze po prawej duży lokal. Koledzy rozczarowani, że się nie zatrzymałem. Co zrobić? Nie wzbudził mojego zaufania. Kawałek dalej, w okolicach Chetrosu, jest kolejny, po lewej stronie, i to będzie nasza nagroda.

mołdawskie pagórki
Pozostawiam brygadę i lecę sprawdzić co słychać w obiekcie. Mołdawskie, przydrożne lokale często są wyposażone w szyby typu lustra i dźwiękoszczelne drzwi. Chodzi o to, jak sądzę, aby w środku dokonywać zbrodni w biały dzień, nie budząc podejrzeń. W takim lokalu można zamordować i poćwiartować człowieka, zgwałcić kozę lub odprawić satanistyczne rytuały, a przypadkowy, opierający się o szybę przechodzień nawet nie zwróci uwagi. Wbijam do wewnątrz, a tam impra w najlepsze. Czternasta w sobotę, zastawiony stół, orkiestra i kilkoro świętujących. Hałas taki, że nie słyszę własnych myśli. Nawiązuję kontakt z właścicielem. Mówi po rosyjsku. Pytam, czy wazmożna pokuszać i niemnoszka wypić. Nas odinatcac czeławieka. Odpowiada, a właściwie ryczy, że oczywiście, żaden problem. Proponuje miejsca na tarasie obok lokalu, przy drodze. Rowery? Gdzie chcecie, mówi, tutaj wam nic nie grozi. Zwołuję bandę. Parkujemy i zajmujemy stoliki na tarasie. Orkiestra przestała właśnie grać.

Sytuacja jest następująca. Siedzimy na tarasie. Do lokalu można wejść bocznymi drzwiami, w środku sala imprezowa i dwie toalety. Każdorazowe wyjście na siku to podróż w nieznane. Otóż pan solenizant uznał naszą wizytę za zrządzenie losu. Jest wniebowzięty. Bawi się w towarzystwie najbliższej rodziny. Żona, syn, a może zięć z małżonką, wnuki. Syn, a może zięć, jest odpowiedzialny za napełnianie karafki samogonem i częstowanie gości. Córka rozdaje do konsumpcji paszteciki. Każdorazowe wyjście do kibla to obowiązkowy toast za jubilata, co któryś raz trzeba przyjąć od razu dwie lufy. Pan przychodzi do nas pogadać. Mówi, że pracował w Niemczech i poznał wielu Polaków. Jest o nas jak najlepszego zdania. Ten bimber to domowa śliwowica, leżakowana w beczkach. Pyszna, około 55-cio procentowa. Po kilku strzałach morale w drużynie ulega mimowolnej poprawie. Ciekawy system zabawy. Orkiestra w składzie czteroosobowym (w tym trąbka) gra jeden hit, ledwie kilka minut. W tym czasie wszyscy ruszają w tango. Po tańcu dziesięć minut przerwy. Dobry rytm. Lepszy niż na naszych weselach. Na koniec jesteśmy poproszeni do wspólnego tańca z jubilatem i jego gośćmi. Toast za zdrowie naszego nowego przyjaciela i ryczymy Sto lat. Pan wyraźnie wzruszony. Niezwykła gościnność, rzadko spotykana w naszej części Europy.

Z żalem opuszczamy lokal. Przed nami ostatnie odcinki wycieczki. Obok lotniska wybieram drogę lokalną, alternatywną do głównej. Kolejnego dnia w niedzielę, skoro świt, pojedziemy główną. Póki co minimalizujemy ryzyko. W samym Kiszyniowie małe zamieszanie na wiadukcie i krótkie poszukiwanie zarezerwowanego hotelu. Śpimy w centrum sportowym obok stadionu w hotelu Zimbru. Profesjonalna obsługa, na wjeździe ochroniarze z bronią. Pan administrator obiektu proponuje przywiezienie napojów. Odmawiamy, Ojciec zarządza wymarsz w miasto. Ogłasza, że zbiórka za pół godziny na dole. Ponoć mamy jechać trolejbusem. W końcu wybieramy taksówki (śmiesznie tanie).

Mariuszek mówi kierowcy, że chcemy do centrum. Pan wyraźnie zaskoczony. Chodzi o to, że w Kiszyniowie właściwie nie ma centrum. Wszystkie przewodniki informują, że jest to, bez najmniejszych wątpliwości, najbrzydsza stolica europejska. Dla porządku dodam, że właśnie tego wieczoru w tak zwanym centrum ma miejsce koncert grupy Prodigy, sponsorowany przez Orange. Do śródmieścia czyli na ulicę Puszkina przybywamy trzema taksówkami. Znów rachunki za przejazd różnią się diametralnie. Wymieniamy trochę grosza na lokalną walutę, łazimy chwilę bez celu i zasiadamy na tarasie najlepszego hotelu. Zamawiamy wódkę z colą i małą przekąskę. Później musimy znów zdobyć trochę kasy, bo Tomuś ciągnie nas do kolejnego lokalu. Wyjątkowo luksusowy. Obok w parku starsi panowie rozgrywają poważne szachowe pojedynki. Zajmujemy miejsca. Zamawiamy po drinku, potem jeszcze butelkę. Ciekawe toalety. Zamiast ręczników papierowych malutkie białe ręczniczki frote, zawinięte w srebrną klamerką. Niewiarygodne. Ponieważ jest finał Ligi Mistrzów, Mariuszek organizuje dla nas przenośny ekran. Zamawiamy dodatkowo fajkę wodną. Ciekawe, dlaczego wszyscy są dla nas wyjątkowo mili i nadskakujący. Wyjaśni się to pod koniec pobytu. Póki co oglądamy mecz. Real rozbija Juventus 4:1. Robi się późno i zbieramy się do wyjścia. W tym momencie miła, młoda dziewczyna, podchodzi do mnie i pyta dlaczego już wychodzimy. Tłumaczę, że mamy wcześnie rano samolot, a już jest po północy. Nie odpuszcza. Dopytuje o której. Kłamię, że o 06.00, chociaż tak naprawdę musimy wyjść z hotelu o tej godzinie. Mówi, spoglądając mi głęboko w oczy: To ma Pan jeszcze mnóstwo czasu. Ja wszystko zorganizuję. Proszę mi tylko pozwolić, będzie Pan zadowolony.

Powrót do hotelu taksówkami. Znów różne rachunki. Grześ, Piter i ja organizujemy napoje do obiektu. Okazuje się, że to nie lada wyzwanie. O tej porze w Kiszyniowie obowiązuje prohibicja. Taksówkarz wiezie nas na zaprzyjaźnioną stację paliw. Robimy zakupy, dajemy pompiarzowi ekstra za złamanie przepisów i uderzamy do hotelu. Wieczór pożegnalny w jednym z pokojów. Poranny wymarsz nie nastraja do długich szaleństw.

Kiszyniów- Lotnisko – Berlin (samolot) – Gdańsk (bus)

lotnisko w Kiszyniowie
Nuda, powrót, stabilizowanie wnętrzności, monotonia, tępe zapatrzenie w przestrzeń...

Obsługa lotniska w Kiszyniowie pogrążona w poprzednim stuleciu. Berlin wita nas ulewą. Następnie brutalny powrót do rzeczywistości. Kolejna wyprawa w listopadzie. IZRAEL i coś na deser mam nadzieję. Amen.

Komandor

Komentarze

Popularne posty