Albania i Grecja 2023


Późna wiosna. Czas ruszać w drogę. Lecimy na Korfu, ale zaraz potem przeprawiamy się na stały ląd. Chętnych jest wielu. W wyniku kilkustopniowej, ostrej selekcji (fizycznej oraz intelektualnej) wytypowana zostaje dwunastka. Parszywa dwunastka... 💀

Trasa: Korfu - Ksamil - Parga - Arta - Wonitsa - Levkada

Uczestnicy: Komandor, Marian, Jędrek, Jarul, Robson, Mariusz, Grześ, Kuba, Paweł, Tom, Rafa, Witos

Dystans na rowerach: 400 km

3city - Korfu

No może bez przesady, nie taka parszywa. Komandor to nie major Reisman, a naszym celem nie jest likwidacja niemieckich oficerów. Dwunastu apostołów już bardziej. Imię szefa się zgadza. Komandor Piotr też jest trochę święty, bo inaczej nie pisałby się na podróż z bandą dzikich rowerowych harleyowców. Tyle, że nie ma Jezusa, nie ma Judasza i wszystko wskazuje na to, że nie zginiemy męczeńską śmiercią.

Lecimy z Modlina, więc konieczny jest przerzut sprzętu i ludzi. Jedziemy w trzech pododdziałach i o umówionej porze meldujemy się na lotnisku. Kuba rezerwując parking, dopisał w rubryce 'inne', że prosi dodatkowo o zimne piwo. Przy załatwianiu formalności, pan sprawdza nazwisko, po czym wyciąga spod kontuaru czteropak schłodzonego pilsa: ‘Proszę bardzo’. Top Chain poleca parking Lider Modlin. 👍 Nadanie rowerów idzie sprawnie. Trzeba jeszcze dopić poranne zapasy i dojeść kanapki.

Lądujemy wczesnym popołudniem. 25 stopni, słońce, lekki wiatr, zapach greckiej przygody. I ten moment, kiedy wywalasz rower z kartonu i zaczynasz go skręcać przed budynkiem lotniska… Pamiętam składanie roweru ze wszystkich wyjazdów. Co robimy z kartonami? Opcja 1 – wyrzucamy. Minusem jest to to, że wracając musimy zapakować rowery do toreb. Coraz część obsługa na lotnisku kwestionuje taką metodę i trzeba się użerać, żeby w końcu przyjęli bagaż. Opcja 2 – zostawiamy gdzieś w pobliżu lotniska i w drodze powrotnej wykorzystujemy je ponownie. Tak jest tym razem.

Rumaki gotowe, sakwy założone, nastroje doskonałe. Hotel znajduje się mniej więcej 2 km od lotniska. Robimy postój w połowie drogi. Bar z zimnym piwem, widok na morze. Cud. Po godzinie rowerowo-kartonowa kawalkada dociera na miejsce. Kartony lądują w garażu, towarzystwo w pokojach. Wkrótce wymarsz do centrum.

grecka kartonada

Stare miasto w stolicy wyspy wpisane jest na listę UNESCO. Warto tu przyjechać, choć w sezonie muszą być tłumy. Już teraz panuje lekki tłok. W knajpach lokalesi oglądają półfinał Euroligi w koszykówce. Olympiakos wygra z Monaco. Znajdujemy restaurację na obrzeżach ścisłego centrum. Zestaw codzienny – 6 x tzatziki, 4 x greek salad. Danie główne każdy sobie zamawia sam. Do tego piwo lub wino/retsina. No i digestif. W naszej drużynie są 3 frakcje. Anyżowi Barbarzyńcy czyli zwolennicy ouzo, Ziołowi Łupieżcy - fanatycy metaxy oraz Biali Żniwiarze czyli tsipuro boys. 🍶

Korfu to po grecku Kerkyra. Takie imię nosiła dziewczyna, w której zakochał się Posejdon (w Gdańsku zwany Neptunem) i umieścił ją na tej rajskiej wyspie. Podobno to wierutna bzdura czyli po naszemu fejk nius. Prawdziwym patronem Korfu jest św. Spirydion. Pasterz z Cypru, który dzięki bogobojnemu życiu został biskupem i patronem parafii w Mińsku Mazowieckim. Zasłynął m.in. z ogarnięcia tematu Trójcy Świętej, którą porównał do cegły. Można sobie doczytać. W kościele wschodnim uważa się, że przychodzi z pomocą podróżnikom i osobom szukającym pracy, więc od razu poczuliśmy do niego sympatię. Zainteresowanie świętym zawdzięczamy nowemu zawodnikowi Top Chain – Jędrkowi, który ma ze Spirydionem jakieś powiązania rodzinne. W każdym razie Święty jest spoko, a Jędrek to już w ogóle…🙏









Jak to zwykle bywa wieczorową porą, gdy nie mamy ze sobą rowerów, następuję stopniowy rozkład zespołu. Dochodzi do ucieczek, pracy w podgrupach i ponadstandardowego zalegania na murkach. Do hotelu mamy kawał drogi, większość nie ogarnia, gdzie mieszkamy, pojawiają się różne sprzeczne potrzeby. Do tego syndrom pierwszego wieczoru… Rano okaże się, że wszyscy jakoś dotarli do noclegu, nikt nie został aresztowany. Były tylko lekkie obtarcia i tajemnicze zaniki pamięci.💫

Korfu – Ksamil

Po śniadaniu ruszamy do portu. Jadę z tyłu, rozglądam się. Dużo tutaj pięknych, ale zaniedbanych willi czy wręcz pałaców, coś jak z serialu The Durrells. Budowali je Grecy, Wenecjanie, Francuzi, Anglicy i Austriacy. Przez kilka lat zwierzchnictwo nad Korfu sprawowała nawet Rosja 💩 – na tyle krótko, żeby niczego nie spierdolić. Z rozmyślań wytrącają mnie Tom i Marianek, pochylający się nad rowerem tego drugiego. Marian lubi wyzwania, więc na każdej wyprawie pierwszego dnia łapie gumę. Do tego dochodzą często inne czelendże, ale o tym nieco później. Reszta ekipy odjechała, do przystani promowej został kilometr. Nie ma czasu na wymianę, zrobimy to już w Albanii. Propozycja przejęcia juków zostaje odrzucona. Staram się być łącznikiem między peletonem a maruderami. Marian z determinacją pcha ciężki rower z flakiem w tylnym kole, tym samym dewastując zupełnie oponę, a Tomasz, z wrodzoną empatią, dodaje sił dobrym słowem i zatroskanym spojrzeniem. Pot kapie na chodnik.

Już blisko. Jakiś facet w okularach w stylu Sylvester Stallone pogania nas, żeby wchodzić do budynku odprawy. Odwracam głowę i macham ręką na kolegów… Zniknęli. To jakieś jaja są. Byli 30 metrów za mną. Komandor rusza na pomoc w poszukiwaniach, reszta drużyny odprawia się w ogólnym chaosie. Jeżdżę w kółko pomiędzy autokarami i zabudowaniami portu. W końcu są. Zgubili się i jakimś cudem znaleźli - pewnie Spirydion zadziałał. Dobra, teraz pędem, bo reszta odpłynie. Przepychamy się w kolejce wśród groźnych spojrzeń niemieckich emerytów, którzy nie chcą zrobić miejsca pomimo próśb obsługi. Jakiś kolo w krzywych okularach zwraca nam uwagę. Fick dich, mutterficker…👅

Zdążyliśmy. Nie ma promu, jest… albański wodolot. Normalnie rowery nie wchodzą, ale Albańczycy są spoko i po krótkich negocjacjach zgadzają się wziąć sprzęt. Zgadzają się także wziąć Mariusza, który w ramach porannego okurwienia wywalił bilet do śmietnika. Albanio, płyniemy do Ciebie. Komandor nie bez powodu cieszy się ogólnym szacunkiem w środowisku doświadczonych rowerowych podróżników. W tym całym zamieszaniu zdążył jeszcze zorganizować zimne piwo, którym możemy ukoić stargane nerwy. Nasz okręt jest szybki i głośny. Rajska wyspa, opiewana w literaturze m.in. przez Herberta, zostaje w tyle. Po przejściu przez cieśninę docieramy do wrót tajemniczej krainy Ilirów czyli do Sarandy.

nasz okręt

Saranda

Po zejściu na ląd uaktywnia się Kuba, nasz krypto Turek, bywały w takich krajach jak Albania. Mamy 2 rozkminy – koło w rowerze Mariana, które zostało zmasakrowane i kultowa restauracja, w której Kubuś kiedyś zjadał doskonałą rybę z rusztu. W takiej sytuacji najlepiej zorganizować bazę w kawiarni, zrobić briefing i wydać koordynaty. Zalegamy więc i zamawiamy piwo. Nie ma czego ustalać, bo Kuba gdzieś pojechał. Po pół godzinie wraca z nowym kołem i… z nową fryzurą – zdążył jeszcze opindolić glacę u fryca, jak się kiedyś mówiło. Szybki montaż i jedziemy szukać restauracji. Saranda nie jest szczególnie piękna, ale ma atuty – widok na morze i góry (górki powiedzmy) oraz przystępne ceny. Latamy trochę po mieście bez sukcesu – rzeczona restauracja gdzieś się ukryła. Rada starszych ustala, że zjemy później i że ważniejsze są zakupy tego i owego. Teraz do gry ponownie wchodzi Marian, który dzielnie ogarnął temat naprawy roweru, ale zabrakło już sił na dopilnowanie belongings. Na szczęście jest z nami Czujny Jarul, niedoszły ranger. Portfel i paszport uratowane.💶

Ruszamy na południe. Dzisiaj bardzo krótki etap. Droga wiedzie między morzem a jeziorem czy raczej zatoką. Namierzamy The Mussel House. Trzeba zjechać stromo w dół do brzegu. Warto. W spokojnych wodach zatoki hodowane są owoce morze, a restauracja serwuje wielki ich wybór. Na razie pusto, ale jak będziemy wyjeżdżać, zapełni się. Stoliki stoją zaraz nad wodą. Właśnie przypływa łódka pełna małży. No to zaczynamy… Wyszukane przystawki w stylu ceviche, krewetki podane na różne sposoby, muszle w bulionie, platery ryb i owoców morza z grilla. Matko jedyna, to jest kwintesencja zajebiozy alla frutti di mare. Do tego w całkiem rozsądnych cenach.🐠

co wybrać?

świeża dostawa

Czas jechać, bo za chwilę zacznie się leżakowanie terenowe i nie ruszymy do wieczora. Pchanie rowerów pod ultra stromą górę na chwilę zabiera oddech. Dalej z góry, pod górę i jesteśmy. Hotel Sunset czy Sunrise oferuje bardzo przyjemne pokoje oraz przemiłą obsługę. Generalnie stosunek cen do jakości jest w Albanii bardzo dobry, a infrastruktura turystyczna rozwinięta. Ksamil nazywany jest perłą tej części wybrzeża. Chyba trochę na wyrost. Idziemy na plażę. Właśnie biały piasek i turkusowa woda przyciągają do miasteczka tłumy turystów. Uwalamy się na leżakach w głównej knajpie, wjeżdżają drinki, z plakatów zerka Tupac, z głośników wali Bebe Rexa. 📣 Tu się wypoczywa. Komandor, krypto Cygan, nie posiedzi za długo w jednym miejscu. Brak roweru pod ręką, więc idzie wynająć motorówkę. Serio. Na szczęście z kierowcą - kontradmirał Fatmir, zdaje się. Dołączają Tomuś (stary wilk morski) i Mariuszek (zawsze chętnie dołącza do wszystkiego). Uruchamiają konkurencyjną muzę i płyną w trwający 20 minut magiczny rejs dookoła pobliskiej wysepki. Drinki drogie, więc czas się zabierać. Wieczór na mieście kończymy pysznym kebabem.


prelekcja Jarka na plaży w Ksamil

Ksamil – Igumenitsa

Śniadanie jest doskonałe. Najlepsze na całej wyprawie. Obiekt na Bookingu i na Google dostaje najwyższe noty. Pedałujemy kilka kilometrów do głównej atrakcji południowej Albanii, Parku Narodowego Butrint. Dzisiaj wejście za darmo, więc nasze kierownictwo finansowe jest w doskonałym humorze. Grześ - GDfCP (General Director for Card Payments) oraz Kuba – GDfCP również (dla zmyłki), choć zakres odpowiedzialności inny (General Director for Cash Payments). Wspólnie zarządzają kasą statku, koordynują przepływy międzywalutowe oraz dbają o fundusz inwestycyjny Top Chain.💵

Na sporym, pokrytym lasem, obszarze znajdują się ruiny zabytków od VII wieku p.n.e. do średniowiecza – greckie, rzymskie, bizantyjskie, weneckie. Bardzo przyjemne miejsce, bo spaceruje się wśród bujnej zieleni, mijając oczka wodne z żółwiami, a niektóre zabytki są zachowane w całkiem niezłym stanie. Można podłączyć się do wycieczek z przewodnikiem i posłuchać ciekawych historii. Z Butrint przeprawiamy się promem przez kanał, który łączy wspomnianą wcześniej zatokę z morzem. Po drugiej stronie jest knajpa czy raczej wiata ozdobiona setkami wiszących puszek po piwie i innych napojach. Wieje wiatr, więc cała okolica rozbrzmiewa niepokojącym dźwiękiem. Dostrajamy się do otoczenia, kupujemy piwo (które w Albanii jest raczej słabe) i czekamy aż przestanie padać. Kapuśniaczek, więc nie ma tragedii.

dawna bazylika

zabytek

Pavlos na promie

piwiarnia

Dalsza droga prowadzi wśród płaskich pól i kanałów irygacyjnych, gdzie miejscowi próbują łowić ryby. Stop zabawa. Jędrek ma chrzest bojowy. Wymiana dętki trochę trwa, bo zgodnie z procedurą należy określić przyczynę przebicia, a to nie zawsze jest proste. Zbliżamy się do greckiej granicy. Nad wioską po lewej stronie góruje minaret z półksiężycem, w wiosce po prawej, za jeziorem, najwyższą budowlą jest krzyż. Ludzie żyją w zgodzie. Zatrzymujemy się w lokalnej knajpce. Mały chłopiec żebrze o pieniądze. Przejście graniczne położone jest na górze, podczas podjazdu można podziwiać spokojną okolicę. Robimy postój przy budce z piwem i papierosami. Mirupafshim Shqipëri, Geia sou Elláda… 🙋

w drodze do granicy


muzułmańska Albania

chrześcijańska Albania

po prostu Albania

bałtycki dziad na granicy

Do Unii Europejskiej wjeżdżamy bez żadnej kontroli. Spadamy 150 metrów do morza i za kilka kilometrów jesteśmy w miejscowości Sagida. Wbijamy do rybnej knajpy na nabrzeżu. Sporo ludzi, bo to niedziela. Jeszcze ponad 30 km do celu, więc posiłek raczej lekki. Trzeba swoje przepedałować. Odbijamy od głównej drogi w szutry, pola i kanały. Pogoda się poprawiła. Po prawej morze, po lewej góry. Kilkadziesiąt kilometrów stąd zaczyna się Pindos, dzika kraina wśród wysokich szczytów i skał, gdzie Top Chain mocno zaznaczył swoją obecność 4 lata temu. Cały ten obszar należy do Epiru, starożytnej krainy, nie do końca odkrytej przez turystów. W tym regionie w na przełomie 1940 i 1941 roku wojska greckie zatrzymały armię Mussoliniego i przegoniły faszystów z powrotem w głąb Albanii.

misiek na zadupiu

Zapada zmrok, docieramy do noclegu na obrzeżach miasteczka Igumenitsa, w pobliżu portu. Codzienna logistyka związana z rozmieszczeniem dwunastu zakapiorów, sakw i rowerów zajmuje trochę czasu. Ktoś musi dyrygować, bo inaczej oczadzeni wiatrem i zlani potem zawodnicy albo popadają w otępienie albo wręcz przeciwnie – z niezdrowym entuzjazmem rozglądają się za aperitifem. Gospodarz poleca lokalną knajpę w ciemnej uliczce kilkaset metrów stąd. Okazuje się bardzo dobrym  wyborem. Smacznie, niedrogo i dla miejscowych. Finał koszykówki. Grecy prowadzą, ale w końcu Barcelona wygrywa i zdobywa puchar Europy.🏀 Wolę Real…

Igumenitsa – Parga

Rano Robson ma gumę tzn. rower Robsona. Awaria na tyle poważna, że trzeba jechać do serwisu. Kto jedzie z Robertem? Wiadomo – Grzegorz. Reszta po śniadaniu rusza pod górę. W nomenklaturze Komandora – to jest ząbek. Bardziej wymagająca górka, ale cały czas niższej kategorii to solidny ząbek. Wyższa zaczyna się od wpierdolka, potem jest wpierdol właściwy i przełęczowa bolesna męka. Ta ostatnia na szczęście nie wystąpi w tej podróży. Robimy postój przy stacji benzynowej, zdobywamy przewyższenie i zjeżdżamy do morza, do Platarii. Nowe rozdanie. Wyszło słońce, kompaktowa i nieco senna miejscowość turystyczna, stoliki nad brzegiem morza. Wydawałoby się, że to wakacje, ale za chwilę czeka na nas solidny ząbek i kolejny zjazd. Sivota. W kawiarni przy drodze czekamy, aż Rob i Gregory do nas dołączą. Zasiadamy do posiłku w knajpie na bulwarze, w samym środku turystycznego zamieszania, przy marinie, elegancko i z wypasem. Jak to często bywa w takich lokalach, ceny są wysokie, jedzenie średnie. Pracująca obok Polka pyta czy nie oddamy jej flagi. Pewnie. Biel i czerwień i tak mamy w sercach.💓

zestaw podstawowy

gdzieś po drodze

lala, 3 konie i Komandor na zadupiu

Kolejna guma przy wyjeździe z miasta. Chyba u Tomka. Czasem ciężko się zorientować, kto ma awarię, bo naprawiany rower zawsze jest otoczony wianuszkiem gapiów… Dalsza droga wije się wzdłuż wybrzeża. Przychodzi czas na stopniowo rozwijający się wpierdol. Pustkowie. Osiągamy rekordową wysokość 370 metrów nad poziomem morza. Pogoda się psuje, zaczyna padać. Lecimy już w dół, ale nie zdążymy do Pargi. Postój kilka kilometrów przed miastem, w przydrożnej restauracji z widokiem. Nie ma Komandora, pewnie przeczekuje deszcz gdzieś wyżej pod dachem. Wystawiamy z Jarkiem czujkę na krześle przy drodze, żeby nie przegapić, jak będzie zjeżdżał. Przestaje padać, uciekinier znaleziony, posiłek zjedzony.

W świetnych nastrojach wpadamy do Pargi. Zachwyty nad jej urodą nie są przesadzone. 👌 W późno popołudniowym słońcu prezentuje się wspaniale. Otoczone skałami kolorowe miasteczko położone tarasowo nad zatoką z turkusową wodą. Pocztówkowa esencja śródziemnomorskości. Robimy mikro party na przystanku autobusowym. Nocleg mamy w willi Letista. Fajna, niedroga miejscówka z widokiem na morze. Robimy kolejne party na tarasie obiektu - tym razem kategorii medium. Afterparty, w którym uczestniczą najbardziej wytrwali zawodnicy, ma miejsce w lokalnym nocnym gyrosie.

Parga po południu

Parga rano

Parga – Archeon Springs – Paralia

Rano nastroje mieszane. Przy wyjeździe z miasta stajemy na porządne śniadanie i zaraz potem jest spory podjazd, więc nastroje trzeba sobie wsadzić i skupić się na robocie. Kilka kilometrów jedziemy zboczem góry przez przyjemne gaje owocowe i małe miejscowości turystyczne. Góra, dół, góra, dół, dojeżdżamy na chwilę do głównej i szybko wpadamy na cudowną, bardzo lokalną asfaltówkę, która, łagodnie opadając, prowadzi nas do rzecznej doliny. Zbiórka, kolejno odlicz. Jest wybór – można lecieć zgodnie z planem w lewo do źródeł albo w prawo do noclegu. Godzina 13, opcja pierwsza to 40 km, opcja druga 15. Zakulisowe rozmowy, kuluarowe przepychanki oraz analiza taktyczna doprowadzają do sytuacji, że cała drużyna jedzie razem.🚴

okolice Pargi w południe

lokalna rowerowa zajebioza

w poszukiwaniu źródeł

Płaska trasa prowadzi wzdłuż rzeki Acheron, do źródeł której zmierzamy. U podnóża gór leży zadbana miejscowość Glyki, gdzie stajemy na posiłek w nadrzecznej tawernie o oryginalnej nazwie Panorama. Klientów nie ma, więc cała rodzina rusza, żeby możliwie szybko nas obsłużyć. Gapimy sią na rzekę. Nurt wody jest wartki, kolor błękitny, a temperatura lekko odstręczająca. Kubie to nie przeszkadza, więc między aperitifem a przystawką oddaje się orzeźwiającej kąpieli. Po lekkim posiłku żegnamy się serdecznie i jedziemy do słynnych źródeł. Droga zamienia się w ścieżkę, a potem kamienisty szlak, więc trzeba pchać rowery. Bardzo tu ładnie. Sceneria tropikalnej dżungli. 🌏 W skalnym wąwozie, obrośniętym gęstą roślinnością, płynie strumień z krystalicznie czystą wodą. Ze ścian wypływają małe wodospady. Idę w górę rzeki, nagle głośny plusk. Potem kolejny. Ja pierdolę, od skał odrywają się kamienie i spadają do wody wokół nas. Trzeba się szybko wycofać w bezpieczne miejsce. Grzmi.

Acheron

Rafa w dżungli

Zaczyna padać, więc robimy bazę w knajpie przy wejściu na szlak. Burza idzie bokiem. Mimo mżawki ruszamy. Wracamy tą samą doliną, którą przyjechaliśmy, ale inną, zachodnią stroną. Kolejny przystanek na stacji benzynowej w Kanallaki. Mamy jeszcze kawałek po płaskim, potem trzeba wspiąć się na pasmo wzgórz, które oddzielają naszą doliną od morza. Stop zabawa. Guma, tym razem u Jarka. Ruszamy. Stop zabawa. Znowu guma. Limit na dzisiaj wyczerpany. Ratuje nas niezawodna, elektryczna, amerykańska Pompka Tompka.🔌

naprawa (jedna z wielu)

Pompka Tompka

Pedałujemy mozolnie pod wspomnianą górę, żeby krętą drogą opaść gwałtownie w dół.  Przejazd kilku kilometrów nadmorską ulicą w popołudniowym słońcu jest ukoronowaniem dnia. Na tym odcinku wybrzeża położonych jest kilka spokojnych miejscowości, z różnej urody małymi hotelami i pensjonatami. Mieszkamy w obiekcie Harris Apartments. Nazwa i wygląd wskazują na fascynację nurtem w sztuce użytkowej znanym jako greckie rokokoko. Natomiast obsługa i położenie pierwsza klasa. Czas wolny. Romantycy delektują się zachodem słońca, cyfrowi narkomani naparzają w telefony, czyściochy pucują się i kremują, a Kuba zażywa kąpieli w morzu. Chyba też Grześ i Robson, a jakże. Wszyscy jednak, kierowani tajemniczym instynktem, prędzej czy później trafią do ogródka hotelowego na piwo. Kolację jemy w poleconej tawernie Vellisarios. 10/10. Top Chain poleca.👍

Grześ i góra


romantyczne rowerowe rumaki

zatłoczona plaża Paralia

Paralia – Arta

Pierwsza część dnia mija nam na przyjemniej jeździe wzdłuż wybrzeża. Trasa wznosi się i opada, prowadząc przez spokojną okolicę – kilka wiosek, trochę willi, nieco pensjonatów. Ciepło, lekki wiatr, zapach późnej, śródziemnomorskiej wiosny. Za kilka tygodni wybrzeże zapełni się wczasowiczami, choć tłumów tutaj raczej nie ma, bo baza noclegowa jest skromna. Dojeżdżamy do miejscowości Kanali. Kilka kilometrów dalej leży Perweza, a za nią tunel z zakazem ruchu rowerów. Będziemy odbijać za zachód, żeby objechać Zatokę Ambrakijską. Tymczasem raczymy się zimnym piwem w kawiarni nad morzem, a grupa kąpielowa, której skład jest ogólnie znany, robi swoje.

trasa się wznosi czyli ząbek


trzej przyjaciele z boiska

trzej przyjaciele z morza

Ruszamy w głąb lądu. Wokół zatoki są duże tereny podmokłe, więc pętla musi sięgnąć daleko. Dobra okazja, żeby zobaczyć Artę. Tam się kierujemy. Komandor wybiera boczne drogi, ale w końcu wpadamy na taką z większym ruchem. W Louros stajemy na gyrosa i souvlaki - porcje XL. Kawałek dalej odbijamy w lewo na szutry wzdłuż rzeki. Piękna droga meandruje wśród zarośniętych kanałów. Dużo ptaków i owadów. Z czasem otoczenie się zmienia – pola uprawne i sady. Stajemy na odpoczynek w wiosce na przedmieściach. Turyści tu nie zaglądają, bo nie ma po co. Knajpka wygląda jak z początku lat osiemdziesiątych. Panowie tam przebywający również. My w sumie też, tyle że rowery mamy nowsze.😁

Halo, kto mówi?

Top Chain lata osiemdziesiąte (koloryzowane)

saszetka Komandora

Arta słynie z kamiennego mostu. Turcy zbudowali go na początku XVII wieku, ale przeprawa w tym miejscu istniała już w czasach starożytnych. To właśnie tutaj rezydował król Pyrrus, ten od przegranych zwycięstw. Przyjeżdżamy od strony nadmorskiej równiny, którą oddziela od miasta zakole rzeki. I tu jest ten most, rzeczywiście strategicznie położony. Sama Arta leży już na zboczach wzgórz, a za nią wyrastają bardzo wysokie góry. Malowniczo.

Z głównej drogi wystarczy odbić na światłach w lewo i zaraz jest rzeka oraz słynny most. To znaczy jest tylko most, rzeki nie ma. Wyschła. A, i jeszcze jedno. Podczas budowy piętrzyły się problemy. Szef budowlańców nie mógł ustabilizować konstrukcji w obliczu rwącego nurtu rzeki. Zamurował więc żywcem żonę w jednym z przęseł. Namówił go do tego ptak, co wydaje się oczywiste. Podobno babka jeszcze czasem się odzywa, błagając o pomoc, ale chyba zupełnie straciła nadzieję. My niczego nie słyszeliśmy. Grecy śpiewają o tej historii piosenki. Albańczycy i Bułgarzy również. Kiedy okazało się, że konstrukcja jest stabilna, siostra nieszczęsnej kobiety została wmurowana w przęsło jakiegoś mostu na Dunaju. Bałkański folklor to wspaniała sprawa.🙉

słynny most

Hotel mamy w kamienicy w samym centrum. W związku z tym, że obfity obiad zjedliśmy po południu, nie ma w ekipie chęci na kolejny posiłek. Każdy zajmuje się sobą lub kolegą z pokoju. Oglądam w hotelowym barze mecz o puchar Grecji. Saloniki kontra Ateny, jak zwykle w tym kraju. Kibicuję AEK, bo tam gra Polak. Poza tym w klubie grają zawodnicy z 12 czy 13 krajów, a trenerowi zdarza się wystawić jedenastkę, gdzie każdy piłkarz reprezentuje inne państwo. Mecz wzbudza spore zainteresowanie, bo wszystkie stoliki są zajęte. Nie wiem z kim mają zgodę, a z kim kosę, ultrasi lokalnego klubu Arta FC, znani jako Black Cannibals. Wokół mnie głównie kanibale z seniorskiej sekcji Sztuczna Szczęka.⚽

Podczas każdego wyjazdu trzeba co najmniej raz wyjść na wieczornego drinka. To jest ten dzień. Wkładamy najlepsze , co w tym przypadku oznacza w miarę czyste, ubrania. Pod naturalnym przewodnictwem Mariusza, znanego konesera sztuki, ruszamy w miasto. Arta, starożytna Ambrakia, ma sporo ciekawych miejsc do zwiedzenia. Jednak nie o 21.30. Zwłaszcza, że jesteśmy na wyjeździe rowerowym, a nie na wczasach czy wycieczce krajoznawczej. Robimy krótką passagiatę po deptaku, siadamy w kawiarni i zamawiamy, każdy co kto lubi. Dwunastu jeźdźców burzy ciasno otacza dwa kawiarniane stoliki i prowadzi dysputy pod rozgwieżdżonym niebem. Jak było do przewidzenia, pojawia się gastrofaza, więc co rusz ktoś opusza zgromadzenie i rusza na nocny żer…

Arta – Koronisia – Menidi

Dzisiaj najdłuższy etap, choć do kolejnego noclegu mamy w linii prostej 20 km. Jedziemy jednak nad lagunę. Kłopotów z dętkami ciąg dalszy - Arta może pochwalić się dobrym sklepem rowerowym. Jeszcze tutaj wrócimy. Ale po kolei. Wyjeżdżamy z miasta. W celu ucieczki z dosyć ruchliwej drogi Komandor prowadzi nas w gaje pomarańczowe. Okazuje się, że nie ma przejazdu, ale można najeść się owoców do woli. Rafa ma zasięg ramion średniej wielkości żurawia, więc można sięgnąć po wyżej rosnące, bardziej dojrzałe okazy. No i ten zapach kwiatów pomarańczy… To jest niesamowite, że część drzew owocuje, a część ma dopiero kwiaty. Gdyby tak w Polsce mogło być z czereśniami… Próbujemy po drugiej stronie szosy i tu jest alternatywna trasa przez przyjemne zadupia. Robi się gorąco. Stajemy w wiejskim barze. Miła pani daje nam do piwa orzeszki i oliwki. Śpiewamy Grzesiowi imieninowe sto lat. Kolejnych wielu wypraw rowerowych! 🎂

Wracamy na główną, ruch zerowy. Nikt nie jedzie na cypel, bo niby po co. My jedziemy. Cyple są spoko, zwłaszcza, gdy nie ma ludzi. Przyjemna asfaltowa droga wiedzie nas przez podmokłe trzcinowiska, żeby w końcu wyjść w morze. Spotykamy ptaki, owady, traktor oraz węża. Po kilku kilometrach dojeżdżamy do końca, do wioski Koronisia. Odpoczynek w kawiarni, spacer na wzgórze do starego kościoła, sacrum vs profanum, tępe zapatrzenie w piękną dal i bezskuteczna próba znalezienia łodzi. Nocleg jest w linii prostej kilka kilometrów stąd – lądem 35.

cypel

pozdro od Jędrka


Koronisia widok w jedną stronę

Koronisia widok w drugą stronę

sacrum vs profanum

Z powrotem ruszamy oddzielnie. Miejsce spotkania - pierwsza otwarta knajpa już na stałym lądzie. W tamtą stronę leciało się jak na skrzydłach, a teraz lekki dramat. Wiadomo – przybłęda wiatr. Przygnał nas tutaj i nie chce wypuścić. Pierwszy docieram do, położonej w środku niczego, tawerny. Drzwi otwarte, więc wchodzę. Półmrok, rozglądam się za kiblem. Dostrzegam na krześle nieruchomą postać. Chyba dziecko. Kalimera, ryczę. Cisza. Podchodzę bliżej. To nie dziecko, to ubrana na czarno zasuszona staruszka z zamkniętymi oczami. Dżizas. Sztuczna czy prawdziwa? Żyje czy właśnie umarła? 👽 Nagle mruga oczami. W tym momencie z zaplecza wychodzi lekko wystraszony wąsacz. Uśmiecham się i pytam czy można coś zjeść. No raczej…

Wąsacz, pewnie Stavros, właściwie nie mówi po angielsku. Próbuję coś ustalić. Koleś widząc, że grupa rowerowa dobiera (co chwilę ktoś nowy podjeżdża), gdzieś dzwoni i podaje mi aparat. Okazuje się, że to, mówiąca po angielsku, córka właściciela. Będzie za 20 minut i pomoże przygotować epicki obiad. Tymczasem idziemy z Rafą i Kubą na zaplecze ustalić menu. W lodówkach czekają ryby i owoce morza. Od razu widać, że będzie dobrze. Tymczasem staruszka tkwi w miejscu i tylko ruchy gałek ocznych świadczą o tym, że żyje i że jednak obserwuje otoczenie. Chyba nawet raz się do mnie uśmiechnęła.

posiłek u Stavrosa (chyba)

odpoczynek

Po wspaniałym obiedzie i deserze z kumkwatów (popularny owoc – połączenie moreli i mandarynki), łapię drzemkę. Trzeba jechać, bo do obiektu daleko. Pedałujemy przez rolniczo – sadownicze tereny. Kawałek dalej po prawej stronie jest zatoka i różne gospodarstwa rybackie. Nie ma ruchu, odbiliśmy od wiatru, więc jazda przyjemna, choć nieco nudna. W zachodzącym słońcu docieramy do głównej drogi i o zmroku wpadamy do Menidi. Robimy mikro party na bulwarze. Rower Pawła jest na ostatnich nogach tzn. na ostatnich szprychach czy obręczach. Jutro misja ratunkowa. W obiekcie robimy party kategorii medium. Na tym wyjeździe nie będzie party typu mega, typ bardziej nie osiągniemy najwyższego poziomu – party 'apokalipsa zombie'. Na szczęście dla nas i dla potencjalnych świadków.👿

Menidi – Wonitsa

Rano okazuje się, że grupa naprawcza w składzie Pavlos i Tomas raz dwa wszystko załatwiła w zaprzyjaźnionym sklepie w Arcie i już jest z powrotem. 💪 Po późnym śniadaniu wyruszamy na dosyć długi etap, gdzie czekają nas 3 ząbki i 1 wpierdol. Objeżdżamy zatokę od południa. Początkowo droga jest dosyć ruchliwa, bo są jakieś rozjazdy do Patras i dalej na Peloponez, ale po kilku kilometrach wszystko się uspokaja i tylko co jakiś czas minie nas auto. Zjeżdżamy do amfiteatralnie położonej miejscowości Amfilochia, gdzie robimy postój. Stoliki są po jednej stronie drogi – bezpośrednio nad morzem, knajpa po drugiej. Kelner musi być cały czas czujny. Mała przekąska, uzupełnienie płynów, sklep. Jesteśmy w najdalszym zakątku Zatoki Ambrakijskiej.

sklep rowerowy w Arcie


Jarul i Marian na pierwszym planie

zapatrzenie w dal

Z poziomu morza trzeba wydobyć się pod górę, trochę jak w Trójmieście. Widoki piękne. Śródziemnomorski pejzaż nigdy się nie nudzi. W tej części Grecji jest bardziej zielono niż na południu. No i chyba częściej pada, bo właśnie się na to zanosi. Tymczasem mamy kolejną gumę. Rutynowa robota. W takich momentach odpala się DJ Marianek ze swoimi zacnymi playlistami i podaje z głośniczka adekwatną do okazji muzę np. Cowboys from Hell Pantery albo I’ll Wait and Pray Coltraine’a. Ewentualnie Jestem z Gdańska Golden Life – to ten kawałek z porywającą wokalizą.🎸

Góra, dół, góra, dół. Kolejna guma. Ktoś inny by się załamał. Ile razy można wymieniać dętki? Wydaje się, że to kwestia generacyjna – w naszym pokoleniu nosiło się klucz na szyi w wieku 8 lat, cerowało skarpetki i stało kilka dni w kolejce po zestaw meblowy Kopernik. Hart ducha mamy w genach.✊  Kawałek jedziemy drogą szybkiego ruchu w budowie – takie ekspresówki niwelują przewyższenia. Do wioski Drymos wpadamy tuż przed deszczem. Na początku leje, potem pada, na koniec mży. Spędzamy w kawiarni ze 2 godziny. W Grecji od zawsze jest Mythos, czasem jakaś Alpha czy Amstel. Na tym wyjeździe, tam gdzie można, zamawiamy piwo Mamos. 🍺 Top Chain poleca.👍 Fajnie, fajnie, ale trzeba jechać, bo wpierdol dopiero przed nami. Góra daje w kość, ale bez przesady. Odpoczywamy na stacji benzynowej. Dalej już tylko widokowy zjazd do Wonitsy.

gdzieś na szlaku

zjazd

pogadanka Komandora

greckie maki

Wjeżdżamy do miasteczka przez nadmorski park obok słynnego mostu prowadzącego na wyspę. Wonitsa okazuje się bardzo przyjemnym miejscem, a nasz hotel to już zupełna zajebioza. Stary, kamienny dom przy bulwarze, stylowe, drewniane meble, wygodne łóżka i pachnące łazienki. Wcześniej musimy trochę dopytać, żeby trafić. Na posterunku jest Jorgos, który pomaga nam się odnaleźć i dogadać z uroczą starszą panią, właścicielką apartamentów. Kolację jemy w poleconej tawernie niedaleko noclegu. Gdzieś ostatnio przeczytałem... ‘W Lewancie dużo się je i pije. Taka kultura.’ Robimy co się da, żeby dobrze poznać lokalną kulturę.🍤

Wonitsa by night

Wonitsa – Agios Nikitas


nasz obiekt


Kuba i widok z naszego obiektu

młode wilki

Śniadanie jemy na mieście tzn. przy bulwarze. Upał, nadchodzi lato, w powietrzu unosi się intensywny zapach śródziemnomorskiej mieszanki ziół firmy Kamis. Kierujemy się na Levkadę, do turystycznego raju. Robimy postój na zwilżenie ust w Agios Nikolas. Mija nas grupa rowerowa. Inna dyscyplina – obcisły strój, płaski brzuch, cienkie koło, na lekko. Lepsze to niż siedzenie na dupie, ale umówmy się… Na kolejnym odcinku przebudowa drogi. Trudny taniec z autami w kurzu i hałasie. Wychodzimy z tego zamieszania bez strat. Zaczynają się pocztówkowe widoki. Turkusowa woda, plaże, wysepka z kapliczką.🌞

Witos w drodze na Levkadę

Levkada jest połączona z lądem groblą i ruchomym mostem. Robimy postój w cieniu drzew pod budką z napojami. Dobry punkt obserwacyjny na rzeczony most, ruiny fortu i przepływające statki. Objeżdżamy miasto malowniczą groblą. Wieje - pierwsze kajty już ćwiczą. Idziemy na plażę, ale w tym miejscu sporo skał w morzu, więc nie bardzo z kąpielą. Poza tym kambuz jest kompletnie suchy. Tak się nie da odpoczywać. Jedziemy kawałek dalej do tawerny. Sekcja kąpielowa po raz ostatni bucha się do wody . Jemy przyjemny lunch, gapimy na morze, a w powietrzu wisi coś schyłkowego. Jeszcze nie koniec, ale zaraz za horyzontem czeka nieuchronne.


plaża

No to teraz wpierdol. Trzeba wdrapać się 200 czy nawet 300 metrów na stromą górę. Trochę się gubimy, trochę odnajdujemy – jak to w życiu. Część ekipy odwiedza klasztor Faneromeni. Bardzo ładne miejsce z widokiem. Tylko nie wiadomo po co mnisi prowadzą mini zoo. Kolorowe indyki gulgoczą jak wściekłe. W końcu podjazd łagodnieje i docieramy do wioski z tawerną. Można wyrównać oddech i uzupełnić elektrolity. Ostatni etap przed nami. Już tylko kilka kilometrów po płaskim i z górki. Prawie… Grupa się rozciąga. Zjeżdżamy do morza do Agios Nikitas. Okazuje się, że nasz hotel jest nieco z boku, 100 metrów wyżej i prowadzi do niego ultra stroma droga. Podejście z ciężkimi rowerami odbiera na chwilę świadomość. Za ten ostatni wpierdol koledzy chcą dać mi wpierdol. Ledwo co udaje się uniknąć samosądu. Rekompensatą trudu wspinaczki jest piękny widok. Do tego kolacja all-you-can-eat za 15 Euro i świetna miejscówka nad basenem, gdzie spędzamy część zielonej nocy. ‘Jeszcze w zielone gramy, choć skroń niejedna siwa…’✌


apostoł 


Robson z groblą w tle


Rafa zmienia sprzęt

ostatni wpierdol

Epilog

Na 10 rano mamy obstalowany transport. George z kolegą zjawiają się punktualnie. Jeden bus wiezie ludzi, drugi rowery. Stajemy po piwo, bo co nam zostało. Do portu Igumenitsa przybywamy akurat, żeby załadować się na prom i ruszyć do Korfu. 1,5 godziny i jesteśmy. Miasto Kerkyra z morza prezentuje się doskonale. Ruszamy na starówkę. Dobrało turystów. Przełom maja i czerwca to już prawie high season. W drużynie panuje lekkie zniechęcenie i ogólne rozbicie. Już blisko do sytuacji pt. 12 gniewnych ludzi. Sposobem na chandrę i niespokojne oczadzenie jest gastronomia lub/i zakupy. Część grupy poświęca tej pierwszej 100% czasu, część dzieli swoją uwagę fifty fifty. W nieco lepszych nastrojach przybywamy do hotelu po kartony i opłotkami docieramy na lotnisko. Potem już z górki. Za 15 godzin będziemy w domu.

rada starszych

Top Chain (kilku brakuje) 💓








Komentarze

Popularne posty