Późna wiosna. Czas ruszać w drogę. Lecimy na Korfu, ale zaraz potem przeprawiamy się na stały ląd. Chętnych jest wielu. W wyniku kilkustopniowej, ostrej selekcji (fizycznej oraz intelektualnej) wytypowana zostaje dwunastka. Parszywa dwunastka... 💀
Trasa: Korfu - Ksamil - Parga - Arta - Wonitsa - Levkada
Uczestnicy: Komandor, Marian, Jędrek, Jarul, Robson, Mariusz, Grześ, Kuba, Paweł, Tom, Rafa, Witos
Dystans na rowerach: 400 km
3city - Korfu
No może bez przesady, nie taka parszywa. Komandor to nie major Reisman, a
naszym celem nie jest likwidacja niemieckich oficerów. Dwunastu apostołów już
bardziej. Imię szefa się zgadza. Komandor Piotr też jest trochę święty, bo
inaczej nie pisałby się na podróż z bandą dzikich rowerowych harleyowców. Tyle, że nie ma
Jezusa, nie ma Judasza i wszystko wskazuje na to, że nie zginiemy męczeńską śmiercią.
Lecimy z Modlina, więc konieczny jest przerzut sprzętu i
ludzi. Jedziemy w trzech pododdziałach i o umówionej porze meldujemy się na lotnisku. Kuba rezerwując parking, dopisał w rubryce 'inne', że prosi dodatkowo o zimne piwo. Przy załatwianiu formalności, pan sprawdza nazwisko, po czym wyciąga spod kontuaru czteropak schłodzonego pilsa: ‘Proszę
bardzo’. Top Chain poleca parking Lider Modlin. 👍 Nadanie rowerów idzie sprawnie. Trzeba jeszcze dopić poranne zapasy i dojeść kanapki.
Lądujemy wczesnym popołudniem. 25 stopni, słońce, lekki
wiatr, zapach greckiej przygody. I ten moment, kiedy wywalasz rower z kartonu i
zaczynasz go skręcać przed budynkiem lotniska… Pamiętam składanie roweru ze
wszystkich wyjazdów. Co robimy z kartonami? Opcja 1 – wyrzucamy. Minusem jest
to to, że wracając musimy zapakować rowery do toreb. Coraz część obsługa na
lotnisku kwestionuje taką metodę i trzeba się użerać, żeby w końcu przyjęli
bagaż. Opcja 2 – zostawiamy gdzieś w pobliżu lotniska i w drodze powrotnej
wykorzystujemy je ponownie. Tak jest tym razem.
Rumaki gotowe, sakwy założone, nastroje doskonałe. Hotel
znajduje się mniej więcej 2 km od lotniska. Robimy postój w połowie drogi. Bar
z zimnym piwem, widok na morze. Cud. Po godzinie rowerowo-kartonowa kawalkada
dociera na miejsce. Kartony lądują w garażu, towarzystwo w pokojach. Wkrótce
wymarsz do centrum.
 |
| grecka kartonada |
Stare miasto w stolicy wyspy wpisane jest na listę UNESCO. Warto
tu przyjechać, choć w sezonie muszą być tłumy. Już teraz panuje lekki tłok. W
knajpach lokalesi oglądają półfinał Euroligi w koszykówce. Olympiakos wygra z
Monaco. Znajdujemy restaurację na obrzeżach ścisłego centrum. Zestaw codzienny
– 6 x tzatziki, 4 x greek salad. Danie główne każdy sobie zamawia sam. Do tego
piwo lub wino/retsina. No i digestif. W naszej drużynie są 3 frakcje. Anyżowi Barbarzyńcy
czyli zwolennicy ouzo, Ziołowi Łupieżcy - fanatycy metaxy oraz Biali Żniwiarze
czyli tsipuro boys. 🍶
Korfu to po grecku Kerkyra. Takie imię nosiła dziewczyna, w
której zakochał się Posejdon (w Gdańsku zwany Neptunem) i umieścił ją na tej
rajskiej wyspie. Podobno to wierutna bzdura czyli po naszemu fejk nius.
Prawdziwym patronem Korfu jest św. Spirydion. Pasterz z Cypru, który dzięki
bogobojnemu życiu został biskupem i patronem parafii w Mińsku Mazowieckim.
Zasłynął m.in. z ogarnięcia tematu Trójcy Świętej, którą porównał do cegły.
Można sobie doczytać. W kościele wschodnim uważa się, że przychodzi z pomocą
podróżnikom i osobom szukającym pracy, więc od razu poczuliśmy do niego sympatię.
Zainteresowanie świętym zawdzięczamy nowemu zawodnikowi Top Chain – Jędrkowi,
który ma ze Spirydionem jakieś powiązania rodzinne. W każdym razie Święty jest
spoko, a Jędrek to już w ogóle…🙏
 |
|
 |
|
 |
|
 |
|
Jak to zwykle bywa wieczorową porą, gdy nie mamy ze sobą
rowerów, następuję stopniowy rozkład zespołu. Dochodzi do ucieczek, pracy w
podgrupach i ponadstandardowego zalegania na murkach. Do hotelu mamy kawał
drogi, większość nie ogarnia, gdzie mieszkamy, pojawiają się różne sprzeczne
potrzeby. Do tego syndrom pierwszego wieczoru… Rano okaże się, że wszyscy jakoś
dotarli do noclegu, nikt nie został aresztowany. Były tylko lekkie obtarcia i tajemnicze
zaniki pamięci.💫
Korfu – Ksamil
Po śniadaniu ruszamy do portu. Jadę z tyłu, rozglądam się.
Dużo tutaj pięknych, ale zaniedbanych willi czy wręcz pałaców, coś jak z
serialu The Durrells. Budowali je Grecy, Wenecjanie, Francuzi, Anglicy i
Austriacy. Przez kilka lat zwierzchnictwo nad Korfu sprawowała nawet Rosja 💩 – na
tyle krótko, żeby niczego nie spierdolić. Z rozmyślań wytrącają mnie Tom i
Marianek, pochylający się nad rowerem tego drugiego. Marian lubi wyzwania, więc
na każdej wyprawie pierwszego dnia łapie gumę. Do tego dochodzą często inne
czelendże, ale o tym nieco później. Reszta ekipy odjechała, do przystani
promowej został kilometr. Nie ma czasu na wymianę, zrobimy to już w Albanii. Propozycja
przejęcia juków zostaje odrzucona. Staram się być łącznikiem między peletonem a
maruderami. Marian z determinacją pcha ciężki rower z flakiem w tylnym kole, tym
samym dewastując zupełnie oponę, a Tomasz, z wrodzoną empatią, dodaje sił
dobrym słowem i zatroskanym spojrzeniem. Pot kapie na chodnik.
Już blisko. Jakiś facet w okularach w stylu Sylvester
Stallone pogania nas, żeby wchodzić do budynku odprawy. Odwracam głowę i macham
ręką na kolegów… Zniknęli. To jakieś jaja są. Byli 30 metrów za mną. Komandor rusza na pomoc w
poszukiwaniach, reszta drużyny odprawia się w ogólnym chaosie. Jeżdżę w kółko pomiędzy autokarami
i zabudowaniami portu. W końcu są. Zgubili się i jakimś cudem znaleźli - pewnie Spirydion zadziałał. Dobra, teraz
pędem, bo reszta odpłynie. Przepychamy się w kolejce wśród groźnych spojrzeń
niemieckich emerytów, którzy nie chcą zrobić miejsca pomimo próśb obsługi. Jakiś kolo w krzywych okularach zwraca nam uwagę. Fick dich, mutterficker…👅
Zdążyliśmy. Nie ma promu, jest… albański wodolot. Normalnie
rowery nie wchodzą, ale Albańczycy są spoko i po krótkich negocjacjach zgadzają
się wziąć sprzęt. Zgadzają się także wziąć Mariusza, który w ramach porannego
okurwienia wywalił bilet do śmietnika. Albanio, płyniemy do Ciebie. Komandor
nie bez powodu cieszy się ogólnym szacunkiem w środowisku doświadczonych
rowerowych podróżników. W tym całym zamieszaniu zdążył jeszcze zorganizować zimne
piwo, którym możemy ukoić stargane nerwy. Nasz okręt jest szybki i głośny. Rajska
wyspa, opiewana w literaturze m.in. przez Herberta, zostaje w tyle. Po
przejściu przez cieśninę docieramy do wrót tajemniczej krainy
Ilirów czyli do Sarandy.
 |
| nasz okręt |
 |
| Saranda |
Po zejściu na ląd uaktywnia się Kuba, nasz krypto Turek, bywały
w takich krajach jak Albania. Mamy 2 rozkminy – koło w rowerze Mariana, które
zostało zmasakrowane i kultowa restauracja, w której Kubuś kiedyś zjadał doskonałą rybę z rusztu. W takiej sytuacji najlepiej
zorganizować bazę w kawiarni, zrobić briefing i wydać koordynaty. Zalegamy więc
i zamawiamy piwo. Nie ma czego ustalać, bo Kuba gdzieś pojechał. Po pół godzinie
wraca z nowym kołem i… z nową fryzurą – zdążył jeszcze opindolić glacę u fryca,
jak się kiedyś mówiło. Szybki montaż i jedziemy szukać restauracji. Saranda nie
jest szczególnie piękna, ale ma atuty – widok na morze i góry (górki powiedzmy) oraz przystępne
ceny. Latamy trochę po mieście bez sukcesu – rzeczona restauracja gdzieś się
ukryła. Rada starszych ustala, że zjemy później i że ważniejsze są zakupy tego
i owego. Teraz do gry ponownie wchodzi Marian, który dzielnie ogarnął temat naprawy roweru, ale zabrakło już sił na dopilnowanie belongings. Na szczęście jest z
nami Czujny Jarul, niedoszły ranger. Portfel i paszport uratowane.💶
Ruszamy na południe. Dzisiaj bardzo krótki etap. Droga
wiedzie między morzem a jeziorem czy raczej zatoką. Namierzamy The Mussel
House. Trzeba zjechać stromo w dół do brzegu. Warto. W spokojnych wodach zatoki
hodowane są owoce morze, a restauracja serwuje wielki ich wybór. Na razie
pusto, ale jak będziemy wyjeżdżać, zapełni się. Stoliki stoją zaraz nad wodą.
Właśnie przypływa łódka pełna małży. No to zaczynamy… Wyszukane przystawki w
stylu ceviche, krewetki podane na różne sposoby, muszle w bulionie, platery ryb
i owoców morza z grilla. Matko jedyna, to jest kwintesencja zajebiozy alla
frutti di mare. Do tego w całkiem rozsądnych cenach.🐠
 |
| co wybrać? |
 |
| świeża dostawa |
Czas jechać, bo za chwilę zacznie się leżakowanie terenowe i
nie ruszymy do wieczora. Pchanie rowerów pod ultra stromą górę na chwilę
zabiera oddech. Dalej z góry, pod górę i jesteśmy. Hotel Sunset czy Sunrise
oferuje bardzo przyjemne pokoje oraz przemiłą obsługę.
Generalnie stosunek cen do jakości jest w Albanii bardzo dobry, a
infrastruktura turystyczna rozwinięta. Ksamil nazywany jest perłą tej części
wybrzeża. Chyba trochę na wyrost. Idziemy na plażę. Właśnie biały piasek i
turkusowa woda przyciągają do miasteczka tłumy turystów. Uwalamy się na
leżakach w głównej knajpie, wjeżdżają drinki, z plakatów zerka Tupac, z
głośników wali Bebe Rexa. 📣 Tu się wypoczywa. Komandor, krypto Cygan, nie
posiedzi za długo w jednym miejscu. Brak roweru pod ręką, więc idzie wynająć
motorówkę. Serio. Na szczęście z kierowcą - kontradmirał Fatmir, zdaje się.
Dołączają Tomuś (stary wilk morski) i Mariuszek (zawsze chętnie dołącza do
wszystkiego). Uruchamiają konkurencyjną muzę i płyną w trwający 20 minut
magiczny rejs dookoła pobliskiej wysepki. Drinki drogie, więc czas się
zabierać. Wieczór na mieście kończymy pysznym kebabem.
 |
| prelekcja Jarka na plaży w Ksamil |
Ksamil – Igumenitsa
Śniadanie jest doskonałe. Najlepsze na całej wyprawie.
Obiekt na Bookingu i na Google dostaje najwyższe noty. Pedałujemy kilka
kilometrów do głównej atrakcji południowej Albanii, Parku Narodowego Butrint. Dzisiaj
wejście za darmo, więc nasze kierownictwo finansowe jest w doskonałym humorze.
Grześ - GDfCP (General Director for Card Payments) oraz Kuba – GDfCP również (dla zmyłki), choć zakres odpowiedzialności inny (General Director for Cash Payments). Wspólnie zarządzają kasą statku, koordynują przepływy międzywalutowe
oraz dbają o fundusz inwestycyjny Top Chain.💵
Na sporym, pokrytym lasem, obszarze znajdują się ruiny
zabytków od VII wieku p.n.e. do średniowiecza – greckie, rzymskie,
bizantyjskie, weneckie. Bardzo przyjemne miejsce, bo spaceruje się wśród bujnej
zieleni, mijając oczka wodne z żółwiami, a niektóre zabytki są zachowane w
całkiem niezłym stanie. Można podłączyć się do wycieczek z przewodnikiem i
posłuchać ciekawych historii. Z Butrint przeprawiamy się promem przez kanał,
który łączy wspomnianą wcześniej zatokę z morzem. Po drugiej stronie jest
knajpa czy raczej wiata ozdobiona setkami wiszących puszek po piwie i innych
napojach. Wieje wiatr, więc cała okolica rozbrzmiewa niepokojącym dźwiękiem.
Dostrajamy się do otoczenia, kupujemy piwo (które w Albanii jest raczej słabe)
i czekamy aż przestanie padać. Kapuśniaczek, więc nie ma tragedii.
 |
| dawna bazylika |
 |
| zabytek |
 |
| Pavlos na promie |
 |
| piwiarnia |
Dalsza droga prowadzi wśród płaskich pól i kanałów
irygacyjnych, gdzie miejscowi próbują łowić ryby. Stop zabawa. Jędrek ma
chrzest bojowy. Wymiana dętki trochę trwa, bo zgodnie z procedurą należy
określić przyczynę przebicia, a to nie zawsze jest proste. Zbliżamy się do
greckiej granicy. Nad wioską po lewej stronie góruje minaret z półksiężycem, w
wiosce po prawej, za jeziorem, najwyższą budowlą jest krzyż. Ludzie żyją w
zgodzie. Zatrzymujemy się w lokalnej knajpce. Mały chłopiec żebrze o pieniądze.
Przejście graniczne położone jest na górze, podczas podjazdu można podziwiać spokojną
okolicę. Robimy postój przy budce z piwem i papierosami. Mirupafshim Shqipëri, Geia
sou Elláda… 🙋
 |
| w drodze do granicy |
 |
| muzułmańska Albania |
 |
| chrześcijańska Albania |
 |
| po prostu Albania |
 |
| bałtycki dziad na granicy |
Do Unii Europejskiej wjeżdżamy bez żadnej kontroli. Spadamy
150 metrów do morza i za kilka kilometrów jesteśmy w miejscowości Sagida.
Wbijamy do rybnej knajpy na nabrzeżu. Sporo ludzi, bo to niedziela. Jeszcze ponad
30 km do celu, więc posiłek raczej lekki. Trzeba swoje przepedałować. Odbijamy
od głównej drogi w szutry, pola i kanały. Pogoda się poprawiła. Po prawej
morze, po lewej góry. Kilkadziesiąt kilometrów stąd zaczyna się Pindos, dzika
kraina wśród wysokich szczytów i skał, gdzie Top Chain mocno zaznaczył swoją
obecność 4 lata temu. Cały ten obszar należy do Epiru, starożytnej
krainy, nie do końca odkrytej przez turystów. W tym regionie w na przełomie
1940 i 1941 roku wojska greckie zatrzymały armię Mussoliniego i przegoniły
faszystów z powrotem w głąb Albanii.
 |
| misiek na zadupiu |
Zapada zmrok, docieramy do noclegu na obrzeżach miasteczka
Igumenitsa, w pobliżu portu. Codzienna logistyka związana z rozmieszczeniem
dwunastu zakapiorów, sakw i rowerów zajmuje trochę czasu. Ktoś musi dyrygować,
bo inaczej oczadzeni wiatrem i zlani potem zawodnicy albo popadają w otępienie
albo wręcz przeciwnie – z niezdrowym entuzjazmem rozglądają się za aperitifem.
Gospodarz poleca lokalną knajpę w ciemnej uliczce kilkaset metrów stąd. Okazuje
się bardzo dobrym wyborem. Smacznie,
niedrogo i dla miejscowych. Finał koszykówki. Grecy prowadzą, ale w końcu
Barcelona wygrywa i zdobywa puchar Europy.🏀 Wolę Real…
Igumenitsa – Parga
Rano Robson ma gumę tzn. rower Robsona. Awaria na tyle
poważna, że trzeba jechać do serwisu. Kto jedzie z Robertem? Wiadomo –
Grzegorz. Reszta po śniadaniu rusza pod górę. W nomenklaturze Komandora – to
jest ząbek. Bardziej wymagająca górka, ale cały czas niższej kategorii to solidny
ząbek. Wyższa zaczyna się od wpierdolka, potem jest wpierdol właściwy i
przełęczowa bolesna męka. Ta ostatnia na szczęście nie wystąpi w tej podróży.
Robimy postój przy stacji benzynowej, zdobywamy przewyższenie i zjeżdżamy do
morza, do Platarii. Nowe rozdanie. Wyszło słońce, kompaktowa i nieco senna
miejscowość turystyczna, stoliki nad brzegiem morza. Wydawałoby się, że to
wakacje, ale za chwilę czeka na nas solidny ząbek i kolejny zjazd. Sivota. W
kawiarni przy drodze czekamy, aż Rob i Gregory do nas dołączą. Zasiadamy do
posiłku w knajpie na bulwarze, w samym środku turystycznego zamieszania, przy
marinie, elegancko i z wypasem. Jak to często bywa w takich lokalach, ceny są
wysokie, jedzenie średnie. Pracująca obok Polka pyta czy nie oddamy jej flagi.
Pewnie. Biel i czerwień i tak mamy w sercach.💓
 |
| zestaw podstawowy |
 |
| gdzieś po drodze |
 |
| lala, 3 konie i Komandor na zadupiu |
Kolejna guma przy wyjeździe z miasta. Chyba u Tomka. Czasem
ciężko się zorientować, kto ma awarię, bo naprawiany rower zawsze jest otoczony
wianuszkiem gapiów… Dalsza droga wije się wzdłuż wybrzeża. Przychodzi czas na
stopniowo rozwijający się wpierdol. Pustkowie. Osiągamy rekordową wysokość 370
metrów nad poziomem morza. Pogoda się psuje, zaczyna padać. Lecimy już w dół,
ale nie zdążymy do Pargi. Postój kilka kilometrów przed miastem, w przydrożnej
restauracji z widokiem. Nie ma Komandora, pewnie przeczekuje deszcz gdzieś
wyżej pod dachem. Wystawiamy z Jarkiem czujkę na krześle przy drodze,
żeby nie przegapić, jak będzie zjeżdżał. Przestaje padać,
uciekinier znaleziony, posiłek zjedzony.
W świetnych nastrojach wpadamy do Pargi. Zachwyty nad jej
urodą nie są przesadzone. 👌 W późno popołudniowym słońcu prezentuje się
wspaniale. Otoczone skałami kolorowe miasteczko położone tarasowo nad zatoką z
turkusową wodą. Pocztówkowa esencja śródziemnomorskości. Robimy mikro party na
przystanku autobusowym. Nocleg mamy w willi Letista. Fajna, niedroga miejscówka
z widokiem na morze. Robimy kolejne party na tarasie obiektu - tym razem
kategorii medium. Afterparty, w którym uczestniczą najbardziej wytrwali
zawodnicy, ma miejsce w lokalnym nocnym gyrosie.
 |
| Parga po południu |
 |
| Parga rano |
Parga – Archeon Springs – Paralia
Rano nastroje mieszane. Przy wyjeździe z miasta stajemy na
porządne śniadanie i zaraz potem jest spory podjazd, więc nastroje trzeba sobie
wsadzić i skupić się na robocie. Kilka kilometrów jedziemy zboczem góry przez
przyjemne gaje owocowe i małe miejscowości turystyczne. Góra, dół, góra, dół,
dojeżdżamy na chwilę do głównej i szybko wpadamy na cudowną, bardzo lokalną
asfaltówkę, która, łagodnie opadając, prowadzi nas do rzecznej doliny. Zbiórka,
kolejno odlicz. Jest wybór – można lecieć zgodnie z planem w lewo do źródeł albo
w prawo do noclegu. Godzina 13, opcja pierwsza to 40 km, opcja druga 15. Zakulisowe
rozmowy, kuluarowe przepychanki oraz analiza taktyczna doprowadzają do
sytuacji, że cała drużyna jedzie razem.🚴
 |
| okolice Pargi w południe |
 |
| lokalna rowerowa zajebioza |
 |
| w poszukiwaniu źródeł |
Płaska trasa prowadzi wzdłuż rzeki Acheron, do źródeł której zmierzamy. U podnóża gór leży zadbana miejscowość Glyki, gdzie stajemy na
posiłek w nadrzecznej tawernie o oryginalnej nazwie Panorama. Klientów nie ma,
więc cała rodzina rusza, żeby możliwie szybko nas obsłużyć. Gapimy sią na
rzekę. Nurt wody jest wartki, kolor błękitny, a temperatura lekko
odstręczająca. Kubie to nie przeszkadza, więc między aperitifem a przystawką
oddaje się orzeźwiającej kąpieli. Po lekkim posiłku żegnamy się serdecznie i
jedziemy do słynnych źródeł. Droga zamienia się w ścieżkę, a potem kamienisty
szlak, więc trzeba pchać rowery. Bardzo tu ładnie. Sceneria tropikalnej
dżungli. 🌏 W skalnym wąwozie, obrośniętym gęstą roślinnością, płynie strumień z
krystalicznie czystą wodą. Ze ścian wypływają małe wodospady. Idę w górę rzeki,
nagle głośny plusk. Potem kolejny. Ja pierdolę, od skał odrywają się kamienie i
spadają do wody wokół nas. Trzeba się szybko wycofać w bezpieczne miejsce. Grzmi.
 |
| Acheron |
 |
| Rafa w dżungli |
Zaczyna padać, więc robimy bazę w knajpie przy wejściu na
szlak. Burza idzie bokiem. Mimo mżawki ruszamy. Wracamy tą samą doliną, którą
przyjechaliśmy, ale inną, zachodnią stroną. Kolejny przystanek na stacji
benzynowej w Kanallaki. Mamy jeszcze kawałek po płaskim, potem trzeba wspiąć
się na pasmo wzgórz, które oddzielają naszą doliną od morza. Stop zabawa. Guma,
tym razem u Jarka. Ruszamy. Stop zabawa. Znowu guma. Limit na dzisiaj
wyczerpany. Ratuje nas niezawodna, elektryczna, amerykańska Pompka Tompka.🔌
 |
| naprawa (jedna z wielu) |
 |
| Pompka Tompka |
Pedałujemy mozolnie pod wspomnianą górę, żeby krętą drogą
opaść gwałtownie w dół. Przejazd kilku
kilometrów nadmorską ulicą w popołudniowym słońcu jest ukoronowaniem dnia. Na
tym odcinku wybrzeża położonych jest kilka spokojnych miejscowości, z różnej
urody małymi hotelami i pensjonatami. Mieszkamy w obiekcie Harris Apartments. Nazwa
i wygląd wskazują na fascynację nurtem w sztuce użytkowej znanym jako greckie
rokokoko. Natomiast obsługa i położenie pierwsza klasa. Czas wolny. Romantycy
delektują się zachodem słońca, cyfrowi narkomani naparzają w telefony,
czyściochy pucują się i kremują, a Kuba zażywa kąpieli w morzu. Chyba też Grześ
i Robson, a jakże. Wszyscy jednak, kierowani tajemniczym instynktem, prędzej
czy później trafią do ogródka hotelowego na piwo. Kolację jemy w poleconej
tawernie Vellisarios. 10/10. Top Chain poleca.👍
 |
| Grześ i góra |
 |
| romantyczne rowerowe rumaki |
 |
| zatłoczona plaża Paralia |
Paralia – Arta
Pierwsza część dnia mija nam na przyjemniej jeździe wzdłuż
wybrzeża. Trasa wznosi się i opada, prowadząc przez spokojną okolicę – kilka
wiosek, trochę willi, nieco pensjonatów. Ciepło, lekki wiatr, zapach późnej,
śródziemnomorskiej wiosny. Za kilka tygodni wybrzeże zapełni się wczasowiczami,
choć tłumów tutaj raczej nie ma, bo baza noclegowa jest skromna. Dojeżdżamy do
miejscowości Kanali. Kilka kilometrów dalej leży Perweza, a za nią tunel z
zakazem ruchu rowerów. Będziemy odbijać za zachód, żeby objechać Zatokę
Ambrakijską. Tymczasem raczymy się zimnym piwem w kawiarni nad morzem, a grupa
kąpielowa, której skład jest ogólnie znany, robi swoje.
 |
| trasa się wznosi czyli ząbek |
 |
| trzej przyjaciele z boiska |
 |
trzej przyjaciele z morza
|
Ruszamy w głąb lądu. Wokół zatoki są duże tereny
podmokłe, więc pętla musi sięgnąć daleko. Dobra okazja, żeby zobaczyć Artę. Tam
się kierujemy. Komandor wybiera boczne drogi, ale w końcu wpadamy na taką z
większym ruchem. W Louros stajemy na gyrosa i souvlaki - porcje XL. Kawałek dalej odbijamy
w lewo na szutry wzdłuż rzeki. Piękna droga meandruje wśród zarośniętych
kanałów. Dużo ptaków i owadów. Z czasem otoczenie się zmienia – pola uprawne i
sady. Stajemy na odpoczynek w wiosce na przedmieściach. Turyści tu nie
zaglądają, bo nie ma po co. Knajpka wygląda jak z początku lat
osiemdziesiątych. Panowie tam przebywający również. My w sumie też, tyle że
rowery mamy nowsze.😁
 |
| Halo, kto mówi? |
 |
Top Chain lata osiemdziesiąte (koloryzowane)
|
 |
| saszetka Komandora |
Arta słynie z kamiennego mostu. Turcy zbudowali go na
początku XVII wieku, ale przeprawa w tym miejscu istniała już w czasach
starożytnych. To właśnie tutaj rezydował król Pyrrus, ten od przegranych
zwycięstw. Przyjeżdżamy od strony nadmorskiej równiny, którą oddziela od miasta
zakole rzeki. I tu jest ten most, rzeczywiście strategicznie położony. Sama
Arta leży już na zboczach wzgórz, a za nią wyrastają bardzo wysokie góry.
Malowniczo.
Z głównej drogi wystarczy odbić na światłach w lewo i zaraz
jest rzeka oraz słynny most. To znaczy jest tylko most, rzeki nie ma. Wyschła. A, i jeszcze jedno. Podczas budowy piętrzyły się problemy. Szef
budowlańców nie mógł ustabilizować konstrukcji w obliczu rwącego nurtu rzeki.
Zamurował więc żywcem żonę w jednym z przęseł. Namówił go do tego ptak, co
wydaje się oczywiste. Podobno babka jeszcze czasem się odzywa, błagając o pomoc,
ale chyba zupełnie straciła nadzieję. My niczego nie słyszeliśmy.
Grecy śpiewają o tej historii piosenki. Albańczycy i Bułgarzy również. Kiedy
okazało się, że konstrukcja jest stabilna, siostra nieszczęsnej kobiety została
wmurowana w przęsło jakiegoś mostu na Dunaju. Bałkański folklor to wspaniała
sprawa.🙉
 |
| słynny most |
Hotel mamy w kamienicy w samym centrum. W związku z tym, że
obfity obiad zjedliśmy po południu, nie ma w ekipie chęci na kolejny posiłek.
Każdy zajmuje się sobą lub kolegą z pokoju. Oglądam w hotelowym barze mecz o
puchar Grecji. Saloniki kontra Ateny, jak zwykle w tym kraju. Kibicuję AEK, bo
tam gra Polak. Poza tym w klubie grają zawodnicy z 12 czy 13 krajów, a
trenerowi zdarza się wystawić jedenastkę, gdzie każdy piłkarz reprezentuje inne
państwo. Mecz wzbudza spore zainteresowanie, bo wszystkie stoliki są zajęte. Nie
wiem z kim mają zgodę, a z kim kosę, ultrasi lokalnego klubu Arta FC, znani
jako Black Cannibals. Wokół mnie głównie kanibale z seniorskiej sekcji Sztuczna
Szczęka.⚽
Podczas każdego wyjazdu trzeba co najmniej raz wyjść na wieczornego
drinka. To jest ten dzień. Wkładamy najlepsze , co w tym przypadku oznacza w
miarę czyste, ubrania. Pod naturalnym przewodnictwem Mariusza, znanego konesera
sztuki, ruszamy w miasto. Arta, starożytna Ambrakia, ma sporo ciekawych miejsc
do zwiedzenia. Jednak nie o 21.30. Zwłaszcza, że jesteśmy na wyjeździe
rowerowym, a nie na wczasach czy wycieczce krajoznawczej. Robimy krótką
passagiatę po deptaku, siadamy w kawiarni i zamawiamy, każdy co kto lubi.
Dwunastu jeźdźców burzy ciasno otacza dwa kawiarniane stoliki i prowadzi dysputy
pod rozgwieżdżonym niebem. Jak było do przewidzenia, pojawia się gastrofaza,
więc co rusz ktoś opusza zgromadzenie i rusza na nocny żer…
Arta – Koronisia – Menidi
Dzisiaj najdłuższy etap, choć do kolejnego noclegu mamy w
linii prostej 20 km. Jedziemy jednak nad lagunę. Kłopotów z dętkami ciąg dalszy
- Arta może pochwalić się dobrym sklepem rowerowym. Jeszcze tutaj wrócimy. Ale
po kolei. Wyjeżdżamy z miasta. W celu ucieczki z dosyć ruchliwej drogi Komandor
prowadzi nas w gaje pomarańczowe. Okazuje się, że nie ma przejazdu, ale można
najeść się owoców do woli. Rafa ma zasięg ramion średniej wielkości żurawia, więc
można sięgnąć po wyżej rosnące, bardziej dojrzałe okazy. No i ten zapach kwiatów
pomarańczy… To jest niesamowite, że część drzew owocuje, a część ma dopiero
kwiaty. Gdyby tak w Polsce mogło być z czereśniami… Próbujemy po drugiej
stronie szosy i tu jest alternatywna
trasa przez przyjemne zadupia. Robi się gorąco. Stajemy w wiejskim barze. Miła
pani daje nam do piwa orzeszki i oliwki. Śpiewamy Grzesiowi imieninowe sto lat.
Kolejnych wielu wypraw rowerowych! 🎂
Wracamy na główną, ruch zerowy. Nikt nie jedzie na cypel, bo
niby po co. My jedziemy. Cyple są spoko, zwłaszcza, gdy nie ma ludzi. Przyjemna
asfaltowa droga wiedzie nas przez podmokłe trzcinowiska, żeby w końcu wyjść w
morze. Spotykamy ptaki, owady, traktor oraz węża. Po kilku kilometrach dojeżdżamy
do końca, do wioski Koronisia. Odpoczynek w kawiarni, spacer na wzgórze do
starego kościoła, sacrum vs profanum, tępe zapatrzenie w piękną dal i
bezskuteczna próba znalezienia łodzi. Nocleg jest w linii prostej kilka
kilometrów stąd – lądem 35.
 |
| cypel |
 |
| pozdro od Jędrka |
 |
| Koronisia widok w jedną stronę |
 |
| Koronisia widok w drugą stronę |
 |
| sacrum vs profanum |
Z powrotem ruszamy oddzielnie. Miejsce spotkania - pierwsza
otwarta knajpa już na stałym lądzie. W tamtą stronę leciało się jak na
skrzydłach, a teraz lekki dramat. Wiadomo – przybłęda wiatr. Przygnał nas tutaj
i nie chce wypuścić. Pierwszy docieram do, położonej w środku niczego, tawerny.
Drzwi otwarte, więc wchodzę. Półmrok, rozglądam się za kiblem. Dostrzegam na
krześle nieruchomą postać. Chyba dziecko. Kalimera, ryczę. Cisza. Podchodzę
bliżej. To nie dziecko, to ubrana na czarno zasuszona staruszka z zamkniętymi
oczami. Dżizas. Sztuczna czy prawdziwa? Żyje czy właśnie umarła? 👽 Nagle mruga
oczami. W tym momencie z zaplecza wychodzi lekko wystraszony wąsacz. Uśmiecham
się i pytam czy można coś zjeść. No raczej…
Wąsacz, pewnie Stavros, właściwie nie mówi po angielsku.
Próbuję coś ustalić. Koleś widząc, że grupa rowerowa dobiera (co chwilę ktoś
nowy podjeżdża), gdzieś dzwoni i podaje mi aparat. Okazuje się, że to, mówiąca
po angielsku, córka właściciela. Będzie za 20 minut i pomoże przygotować epicki
obiad. Tymczasem idziemy z Rafą i Kubą na zaplecze ustalić menu. W lodówkach czekają
ryby i owoce morza. Od razu widać, że będzie dobrze. Tymczasem staruszka tkwi w
miejscu i tylko ruchy gałek ocznych świadczą o tym, że żyje i że jednak obserwuje
otoczenie. Chyba nawet raz się do mnie uśmiechnęła.
 |
| posiłek u Stavrosa (chyba) |
 |
| odpoczynek |
Po wspaniałym obiedzie i deserze z kumkwatów (popularny owoc
– połączenie moreli i mandarynki), łapię drzemkę. Trzeba jechać, bo do obiektu
daleko. Pedałujemy przez rolniczo – sadownicze tereny. Kawałek dalej po prawej
stronie jest zatoka i różne gospodarstwa rybackie. Nie ma ruchu, odbiliśmy od
wiatru, więc jazda przyjemna, choć nieco nudna. W zachodzącym słońcu docieramy
do głównej drogi i o zmroku wpadamy do Menidi. Robimy mikro party na bulwarze. Rower
Pawła jest na ostatnich nogach tzn. na ostatnich szprychach czy obręczach.
Jutro misja ratunkowa. W obiekcie robimy party kategorii medium. Na tym wyjeździe nie
będzie party typu mega, typ bardziej nie osiągniemy najwyższego poziomu – party 'apokalipsa zombie'.
Na szczęście dla nas i dla potencjalnych świadków.👿
Menidi – Wonitsa
Rano okazuje się, że grupa naprawcza w składzie Pavlos i
Tomas raz dwa wszystko załatwiła w zaprzyjaźnionym sklepie w Arcie i już jest z
powrotem. 💪 Po późnym śniadaniu wyruszamy na dosyć długi etap, gdzie czekają nas
3 ząbki i 1 wpierdol. Objeżdżamy zatokę od południa. Początkowo droga jest
dosyć ruchliwa, bo są jakieś rozjazdy do Patras i dalej na Peloponez, ale po
kilku kilometrach wszystko się uspokaja i tylko co jakiś czas minie nas auto.
Zjeżdżamy do amfiteatralnie położonej miejscowości Amfilochia, gdzie robimy
postój. Stoliki są po jednej stronie drogi – bezpośrednio nad morzem, knajpa po
drugiej. Kelner musi być cały czas czujny. Mała przekąska, uzupełnienie płynów,
sklep. Jesteśmy w najdalszym zakątku Zatoki Ambrakijskiej.
 |
| sklep rowerowy w Arcie |
 |
| Jarul i Marian na pierwszym planie |
 |
| zapatrzenie w dal |
Z poziomu morza trzeba wydobyć się pod górę, trochę jak w
Trójmieście. Widoki piękne. Śródziemnomorski pejzaż nigdy się nie nudzi. W tej
części Grecji jest bardziej zielono niż na południu. No i chyba częściej pada,
bo właśnie się na to zanosi. Tymczasem mamy kolejną gumę. Rutynowa robota. W
takich momentach odpala się DJ Marianek ze swoimi zacnymi playlistami i podaje
z głośniczka adekwatną do okazji muzę np. Cowboys from Hell Pantery albo I’ll
Wait and Pray Coltraine’a. Ewentualnie Jestem z Gdańska Golden Life – to ten
kawałek z porywającą wokalizą.🎸
Góra, dół, góra, dół. Kolejna guma. Ktoś inny by się
załamał. Ile razy można wymieniać dętki? Wydaje się, że to kwestia generacyjna
– w naszym pokoleniu nosiło się klucz na szyi w wieku 8 lat, cerowało skarpetki
i stało kilka dni w kolejce po zestaw meblowy Kopernik. Hart ducha mamy w
genach.✊ Kawałek jedziemy drogą szybkiego ruchu w budowie – takie ekspresówki
niwelują przewyższenia. Do wioski Drymos wpadamy tuż przed deszczem. Na
początku leje, potem pada, na koniec mży. Spędzamy w kawiarni ze 2 godziny. W
Grecji od zawsze jest Mythos, czasem jakaś Alpha czy Amstel. Na tym wyjeździe,
tam gdzie można, zamawiamy piwo Mamos. 🍺 Top Chain poleca.👍 Fajnie, fajnie, ale
trzeba jechać, bo wpierdol dopiero przed nami. Góra daje w kość, ale bez
przesady. Odpoczywamy na stacji benzynowej. Dalej już tylko widokowy zjazd do
Wonitsy.
 |
| gdzieś na szlaku |
 |
| zjazd |
 |
| pogadanka Komandora |
 |
| greckie maki |
Wjeżdżamy do miasteczka przez nadmorski park obok słynnego
mostu prowadzącego na wyspę. Wonitsa okazuje się bardzo przyjemnym miejscem, a
nasz hotel to już zupełna zajebioza. Stary, kamienny dom przy bulwarze,
stylowe, drewniane meble, wygodne łóżka i pachnące łazienki. Wcześniej musimy
trochę dopytać, żeby trafić. Na posterunku jest Jorgos, który pomaga nam się
odnaleźć i dogadać z uroczą starszą panią, właścicielką apartamentów. Kolację
jemy w poleconej tawernie niedaleko noclegu. Gdzieś ostatnio przeczytałem... ‘W
Lewancie dużo się je i pije. Taka kultura.’ Robimy co się da, żeby dobrze
poznać lokalną kulturę.🍤
 |
| Wonitsa by night |
Wonitsa – Agios Nikitas
 |
| nasz obiekt |
 |
| Kuba i widok z naszego obiektu |
 |
| młode wilki |
Śniadanie jemy na mieście tzn. przy bulwarze. Upał,
nadchodzi lato, w powietrzu unosi się intensywny zapach śródziemnomorskiej
mieszanki ziół firmy Kamis. Kierujemy się na Levkadę, do turystycznego raju. Robimy
postój na zwilżenie ust w Agios Nikolas. Mija nas grupa rowerowa. Inna
dyscyplina – obcisły strój, płaski brzuch, cienkie koło, na lekko. Lepsze to
niż siedzenie na dupie, ale umówmy się… Na kolejnym odcinku przebudowa drogi.
Trudny taniec z autami w kurzu i hałasie. Wychodzimy z tego zamieszania bez
strat. Zaczynają się pocztówkowe widoki. Turkusowa woda, plaże, wysepka z
kapliczką.🌞
 |
| Witos w drodze na Levkadę |
Levkada jest połączona z lądem groblą i ruchomym mostem.
Robimy postój w cieniu drzew pod budką z napojami. Dobry punkt obserwacyjny na
rzeczony most, ruiny fortu i przepływające statki. Objeżdżamy miasto malowniczą
groblą. Wieje - pierwsze kajty już ćwiczą. Idziemy na plażę, ale w tym
miejscu sporo skał w morzu, więc nie bardzo z kąpielą. Poza tym kambuz jest
kompletnie suchy. Tak się nie da odpoczywać. Jedziemy kawałek dalej do tawerny.
Sekcja kąpielowa po raz ostatni bucha się do wody . Jemy przyjemny lunch,
gapimy na morze, a w powietrzu wisi coś schyłkowego. Jeszcze nie koniec, ale zaraz
za horyzontem czeka nieuchronne.
 |
| plaża |
No to teraz wpierdol. Trzeba wdrapać się 200 czy nawet 300
metrów na stromą górę. Trochę się gubimy, trochę odnajdujemy – jak to w życiu.
Część ekipy odwiedza klasztor Faneromeni. Bardzo ładne miejsce z widokiem. Tylko
nie wiadomo po co mnisi prowadzą mini zoo. Kolorowe indyki gulgoczą jak
wściekłe. W końcu podjazd łagodnieje i docieramy do wioski z tawerną. Można
wyrównać oddech i uzupełnić elektrolity. Ostatni etap przed nami. Już tylko
kilka kilometrów po płaskim i z górki. Prawie… Grupa się rozciąga. Zjeżdżamy do
morza do Agios Nikitas. Okazuje się, że nasz hotel jest nieco z boku, 100
metrów wyżej i prowadzi do niego ultra stroma droga. Podejście z ciężkimi
rowerami odbiera na chwilę świadomość. Za ten ostatni wpierdol koledzy chcą dać
mi wpierdol. Ledwo co udaje się uniknąć samosądu. Rekompensatą trudu wspinaczki
jest piękny widok. Do tego kolacja all-you-can-eat za 15 Euro i świetna
miejscówka nad basenem, gdzie spędzamy część zielonej nocy. ‘Jeszcze w zielone
gramy, choć skroń niejedna siwa…’✌
 |
| apostoł |
 |
| Robson z groblą w tle |
 |
| Rafa zmienia sprzęt |
 |
| ostatni wpierdol |
Epilog
Na 10 rano mamy obstalowany transport. George z kolegą
zjawiają się punktualnie. Jeden bus wiezie ludzi, drugi rowery. Stajemy po
piwo, bo co nam zostało. Do portu Igumenitsa przybywamy akurat, żeby załadować
się na prom i ruszyć do Korfu. 1,5 godziny i jesteśmy. Miasto Kerkyra z morza
prezentuje się doskonale. Ruszamy na starówkę. Dobrało turystów. Przełom maja i
czerwca to już prawie high season. W drużynie panuje lekkie zniechęcenie i
ogólne rozbicie. Już blisko do sytuacji pt. 12 gniewnych ludzi. Sposobem na
chandrę i niespokojne oczadzenie jest gastronomia lub/i zakupy. Część grupy
poświęca tej pierwszej 100% czasu, część dzieli swoją uwagę fifty fifty. W
nieco lepszych nastrojach przybywamy do hotelu po kartony i opłotkami docieramy na lotnisko. Potem już z górki. Za 15 godzin będziemy w domu.
 |
| rada starszych |
 |
| Top Chain (kilku brakuje) 💓 |
Komentarze
Prześlij komentarz